Wirtualna asystentka, czyli o wtopie w Indiach
Jesienią 2019 roku pisałem o tym jak na pokład zatrudniłem wirtualną asystentkę, celem delegacji kilku zadań. Dziś małe spóźnione podsumowanie z tej… wtopy. Będzie więc krótko. 😊
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, zaczynam testy wirtualnej asystentki (o wdzięcznym imieniu Kartika) z… Indii. Ciekaw jestem na ile to się sprawdzi, na ile podniesie produktywność, na ile oszczędzi mój czas. 🙂
— Jacek Lempart (@jacek_lempart) September 20, 2019
Korzystałem z firmy Task Every Day, którzy swoich asystentów mają przede wszystkim w Indiach i na Filipinach. Zapłaciłem łącznie 2000 EUR za 320 godzin w przeciągu 4 miesięcy.
Pierwsze zadanie dla asystentki z Indii to była transkrypcja kilku moich podcastów nagranych w języku angielskim. Niestety okazało się, że to co otrzymałem, było bardzo słabej jakości – nie dało się tego zrozumieć. Pomimo, że każdego dnia mogłem sprawdzać postępy pracy, nie mogłem wyegzekwować poprawy jakości – prace kręciły się w miejscu.
Asystentka zdawała się znać język angielski jeszcze gorzej ode mnie. W końcu po miesiącu otrzymałem asystenta – tym razem z Filipin. Było lepiej, ale wciąż daleko od ideału. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że próby mojej interwencji były po prostu zbywane. Pisanie nawet do managera asystentów nie odnosiło skutków. I to pomimo, że od samego początku jednoznacznie określiłem swoje wymagania względem prac jakie chcę zrealizować.
Finał jest taki, że po wydaniu 2000 EUR zostałem z kilkoma spisanymi podcastami, do których teraz nie mam ani serca, ani czasu wracać, by z tego cokolwiek wykrzesać.
Acha, zdecydowanie lepiej poszło asystentce zaplanowanie mi weekendu w Luksemburgu. Ale marne to pocieszenie.
Może jestem wyjątkiem (wątpię), ale osobiście już tam na pewno nie wrócę.
Taki kosztowny eksperyment.
Miłego weekendu! 😊

