Pobierz skondensowaną porcję wartościowej wiedzy o inwestowaniu!🙂

W obecnych czasach inwestowanie jeszcze nigdy nie było tak proste – przynajmniej w wymiarze technicznym. Cały proces inwestowania można zamknąć w dosłownie jednym funduszu ETF. To wystarczy by mieć świetnie zdywersyfikowany globalnie portfel płacąc za to niewielką opłatę. Ale zupełnie inaczej to wyglądało ponad 15 lat temu, gdy zaczynałem swoją przygodę z inwestowaniem, a o ETF-ach w Polsce nikt nawet nie słyszał. I choćby z tego powodu moje doświadczenia są inne niż osób zaczynających inwestowanie dziś.

Przez wiele lat moje podejście do pieniędzy i rynku ulegało ewolucji. Na początku popełniłem wiele błędów, co kosztowało mnie sporo nie tylko w wymiarze finansowym ale i emocjonalnym. Na szczęście dotarłem do miejsca gdzie mam poczucie kontroli sytuacji. Obecnie zamiast poszukiwania cudownych strategii staram się optymalizować swoje inwestycje pod kątem kosztów i podatków, poświęcając przy tym inwestowaniu jak najmniej czasu.

Mam nadzieję, że ten odcinek będzie pomocny dla Was – zwłaszcza jeśli jesteście początkującymi inwestorami. Być może uda się Wam uniknąć pewnych ślepych uliczek w które je wchodziłem – zwłaszcza, że dziś pod ręką są dostępne o niebo lepsze instrumenty.

Podcast i wideo

W tym odcinku

  • Lata 1993-1999 – pierwsze zarobione pieniądze
  • Lata 2000-2004 – studia, wyjazd do Wielkiej Brytanii
  • Lata 2005-2008 – pierwsza praca w zawodzie, pierwsze inwestycje i pierwsza MEGA porażka
  • Dlaczego inwestuję „regułowo”, czyli w oparciu o jasno zapisany plan działania?
  • Lata 2009-2019 – pierwsze sukcesy, stabilizacja
  • Lata 2019-teraz – jeszcze większa stabilizacja
  • Plany na przyszłość oraz co z moją wolnością finansową?

Materiały uzupełniające

 

📖 Transkrypt podcastu

Wstęp

Dzień dobry, dzień dobry. Witam was serdecznie w 92. odcinku podcastu System Trader. Dziś porozmawiamy o mojej inwestycyjnej drodze, czyli jak na przestrzeni lat zmieniało się moje podejście do zarządzania moimi oszczędnościami, czy też po prostu jak na przestrzeni lat zmieniało się moje podejście do pieniędzy.

Będę wręcz cofał się do czasów dzieciństwa, gdzie powiem jeszcze o okresie, w którym nawet nie myślałem o inwestowaniu. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest, ale już zarabiałem pierwsze pieniądze. Będą nieco osobiste wątki, choć bez wchodzenia w jakieś szczegóły, bez robienia jakiejś niepotrzebnej dramy.

Powiem o pierwszych zarobionych pieniądzach i jak wtedy do nich podchodziłem. Powiem też o tym, co najpewniej najbardziej was interesuje, a mianowicie jak zaczynałem swoje pierwsze inwestycje. Cofnę się nawet do czasu, kiedy inwestowałem swoje pieniądze przy pomocy funduszy inwestycyjnych. Opowiem też, jak w końcu założyłem swoje pierwsze konto maklerskie, jak zaraz potem doznałem srogiej porażki i dostałem dość konkretny łomot od rynku. Ten łomot, jakiego doznałem wtedy, mocno zdefiniował moje podejście do inwestowania na kolejne lata.

To, że w ogóle dzisiaj siedzę tu przed wami i mówię do mikrofonu, a ten podcast nazywa się System Trader – to wszystko ma jakiś konkretny powód. To, że to jest System Trader, to przede wszystkim słowo system, że działam w określony sposób, na podstawie bardzo jasno zdefiniowanego planu działania, jeżeli chodzi o inwestowanie. To nie jest tak, że zasiadam tutaj przed mikrofonem i mądrzę się tylko, pokazując, ile to ja rzeczy mogę tutaj przekazać, jaki to jestem mądry i nieomylny. Pokażę wam, że tak naprawdę popełniłem w przeszłości masę błędów.

Oczywiście, to były też inne czasy, o czym powiem. Dziś są inne możliwości, jeżeli chodzi o inwestowanie, versus to, co było tam lat 15 czy 20 temu. Ale myślę, że właśnie obserwując konkretny przypadek inwestora i widząc, jakie on błędy popełniał, mam nadzieję, że przynajmniej części z was uda się tego w jakiejś mierze uniknąć. Może nie będziecie musieli uczyć się tylko i wyłącznie w taki sposób, że będziecie nabijać sobie guzy, tylko być może niektóre rzeczy uda wam się przyswoić w bardziej łagodnej formie, bez doznania tych rzeczy, których mi było dane doznać w przeszłości.

Opowiem o swoim podejściu do inwestowania krótkoterminowego na kontraktach terminowych. Powiem też, jak później automatyzowałem takie strategie i jak wreszcie przyszedł moment, kiedy chciałem ten horyzont inwestycyjny wydłużać, tak, żeby na inwestowanie poświęcać ze swojej strony jak najmniej czasu. Opowiem o swoich planach na przyszłość i opowiem też o wolności finansowej, czyli o tym, do czego być może wielu słuchających dąży i jeszcze nie wie do końca, jak to ugryźć. Powiem, jak ja podchodzę do tego tematu, później będzie czas na pewne podsumowania i wnioski.

Lata 1993-1999

No to cóż – lecimy chronologicznie, zaczniemy od roku 1993. Co prawda urodziłem się znacznie wcześniej, bo pod koniec 1980 roku, ale powiedzmy, że czasów dzieciństwa nie będę przedstawiał, bo to nie ma sensu. Wracam do 1993 roku, bo wtedy zarobiłem swoje pierwsze w życiu pieniądze. Jako trzynastolatek, później czternastolatek i de facto do końca liceum regularnie pracowałem fizycznie. Był to po prostu załadunek i rozładunek materiałów budowlanych, nic wysublimowanego. Była to głównie praca w wakacje, w godzinach wczesnoporannych, czasami się wstawało nawet o trzeciej, czwartej nad ranem. W ten sposób do końca liceum dorabiałem sobie na wakacje.

Pracowałem przede wszystkim na swoje „przyjemności”, czyli żeby sobie kupić jakieś fajne ubranie, czy żeby móc pojechać na wycieczkę itd. Nie było tutaj żadnego planu, jaki Warren Buffet miał być może już w wieku 13-14 lat, gdzie faktycznie inwestował z myślą o przyszłości. Ja wtedy w ogóle nie myślałem o przyszłości, myślałem o teraźniejszości, o tym, żeby wydać pieniądze tu i teraz. Czy to był błąd? Po prostu tak było, tak miałem. Nie miałem też żadnych wzorców. Mówimy zresztą o początkach lat 90. czy w ogóle latach 90. w Polsce, gdzie naprawdę było bardzo ciężko coś sensownego przeczytać czy usłyszeć o inwestowaniu.

Lata 2000-2004

Tak wyglądały u mnie lata 90., aż w latach 2000-2004 zacząłem studiować i zarobiłem pierwsze większe pieniądze, bo wyjechałem do Wielkiej Brytanii. Nadal nic się nie działo w temacie inwestowania, w ogóle tego tematu nie było.

Pierwszy raz do Londynu wyjechałem po pierwszym roku studiów, w 2000 roku, w okresie wakacyjnym, żeby przede wszystkim zarobić na utrzymanie na kolejnym roku studiów. Nie było mowy o inwestowaniu. Owszem, było myślenie o przyszłości, ale tej najbliższej, żeby móc przeżyć kolejny rok na studiach, odciążyć rodziców, bo pochodzę z rodziny wielodzietnej.

Przyznam szczerze, że to jest megatrudne opowiadać w szczegółach o tym, co się działo w Wielkiej Brytanii. To jest może materiał na oddzielny odcinek podcastu, natomiast to było dla mnie o tyle ciężkie doświadczenie, że po pierwsze to była praca na lewo, bo Polska nie była w Unii Europejskiej. No cóż, to nie było tak jak dziś, że można w ogóle pracować na tzw. Zachodzie, że można sobie, ot tak, wyjechać i sobie dowolnie wybieramy kraje Unii Europejskiej, i tam pracujemy. Oczywiście Wielka Brytania dziś nie jest w Unii Europejskiej, ale generalnie są o wiele większe możliwości wyjazdów zarobkowych, nawet młodych osób, niż miało to miejsce 20 czy 20 z hakiem lat temu.

A kuku! Ten chudy chłopaczek to ja 20 lat temu podczas letniego pobytu w Wielkiej Brytanii. 🙂

Pracowałem, znów nic wysublimowanego, jako pomoc kuchenna w hotelach, to była bardzo ciężka praca. W ogóle na początku miałem problemy ze znalezieniem zajęcia. Brak pieniędzy, wręcz wizja powrotu do Polski z niczym, po pierwszych kilku, kilkunastu dniach albo wręcz wizja deportacji (jakby nie było, wyjazd był niby-turystyczny, a tak naprawdę wyjechałem tam zarobkowo) nostalgia za krajem – byłem w gruncie rzeczy młodym chłopakiem. Jak wreszcie udało mi się zdobyć pracę w Wielkiej Brytanii, to przez kilka tygodni harowałem jak wół, po 16 godzin, 7 dni w tygodniu.

Uwierzcie mi, sam nie wiem, jak ja to wtedy byłem w stanie wytrzymać. Natomiast były to moje pierwsze większe zarobione pieniądze, bo przywiozłem wtedy do kraju coś około 1500 funtów brytyjskich. Biorąc pod uwagę ówczesny kurs funta plus inflację, to w dużym uproszczeniu był to odpowiednik niemalże 20 tys. złotych, co wówczas było dla mnie astronomiczną kwotą. To były pieniądze, które miały mi sfinansować kolejny rok na studiach, tak, żeby móc po prostu prowadzić studenckie życie.

I tutaj ten temat zamykam, ponieważ historii i przygód związanych z moimi wyjazdami do Wielkiej Brytanii, bo wracałem tam w kolejne wakacje, było dużo. To naprawdę jest materiał, który spokojnie posłużyłby na oddzielny odcinek podcastu, ale nie chcę tutaj przynudzać.

Lata 2005-2008

Idźmy dalej i przejdźmy do 2005 roku, a konkretnie do lat 2005-2008. 2005, dlatego że to była pierwsza moja praca zawodowa i w końcu też pierwsze moje inwestycje. Na początku bardzo zachowawcze, przy pomocy funduszy inwestycyjnych, zresztą założonych przez mojego tatę, który chciał, żebym sobie już jakieś pieniądze oszczędzał. Tata wiedział, że ja się na tym nie znam i chciał, żeby ktoś to w mądry sposób zrobił za mnie. Stwierdził, też nie mając wiedzy, że najlepiej zrobi to fundusz inwestycyjny.

To, że dziś mam taką, a nie inną opinię o funduszach inwestycyjnych to jest jedno, ale wtedy nie miałem żadnej wiedzy, więc wydawało mi się, że to, co robią fundusze inwestycyjne, to jest jakaś absolutna magia. Zresztą to był rynek wzrostowy na rynku akcji, gdzie praktycznie każdy zarabiał, była silna hossa.

Wtedy nie miałem żadnej wiedzy, więc wydawało mi się, że to, co robią fundusze inwestycyjne, to jest jakaś absolutna magia

Równolegle kończyłem studia informatyczne, zostałem programistą, więc miałem też pierwsze kontakty z inwestowaniem na rynku akcji bezpośrednio przez rachunek maklerski. Jeszcze nie sam, ale widziałem, jak moi koledzy z pracy to robili. To był czad, bo widziałem, jak oni zarabiali ogromne pieniądze, a ja, poza tymi moimi funduszami inwestycyjnymi plus lokatami w banku, nie robiłem tego sam, więc też chciałem spróbować i w końcu spróbowałem.

Czekałem, czekałem i wreszcie gdzieś w 2007 roku założyłem swój pierwszy rachunek maklerski. Moje szczęście trwało bardzo krótko, bo w końcówce 2007 roku rozpoczął się największy kryzys ekonomiczny ostatnich dekad, tzw. Global Financial Crisis, ogromna bessa na rynku. Giełdy spadały po kilkadziesiąt procent, była wielka panika, świat ekonomiczny zaczął się walić.

A ja? No cóż, moja jedyna strategia była taka, że rynki rosną, a jeżeli nawet nie rosną przez chwilę, to wystarczy poczekać i za chwilę znów będą rosły. Tymczasem coś tym razem się nie sprawdziła. Mówiąc zupełnie wprost, to nie była żadna strategia. Gdyby ktoś dopytywał o inwestowanie pasywne, to wtedy w ogóle o inwestowaniu pasywnym nawet nie słyszałem, a w Polsce się o tym nie mówiło. Większość nie słyszała nawet o ETF-ach, tak że to były zupełnie inne czasy.

To była moja pierwsza megaporażka. Porażka, która zdefiniowała moje podejście do inwestowania na lata. Do tego stopnia, że gdyby nie moje porażki w latach 2007-2008, to być może dziś by mnie nie było przed mikrofonem, bo po prostu nigdy bym tak głęboko nie wnikał w świat inwestowania.

W 2008 roku mocno odczułem Global Financial Crisis na swojej skórze. Zadziwiające dla mnie było to, jakkolwiek może się to wydawać dziwne i śmieszne, że rynek akcji spada i spada, i spadkowi nie ma końca. Straty się pogłębiały, w końcu tę stratę zrealizowałem. Szczęście w nieszczęściu, jeśli tak można w ogóle powiedzieć, że nie miałem wielkich pieniędzy. Moje straty sięgały kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet tych górnych kilkudziesięciu tysięcy złotych (jeśli zsumować wszystko z tamtego okresu, choć nigdy nie robiłem dokładnego rachunku sumienia).

Ta strata i tak była dla mnie bardzo, bardzo bolesna. Dolne kilkadziesiąt tysięcy złotych brzmi wręcz niewinnie, to nic wielkiego, w ciągu dnia mogę mieć takie wahnięcie na swoim portfelu. Wtedy oznaczało to utratę większości mojego kapitału i to było dla mnie coś naprawdę przerażającego.

Powody porażki to, jak powiedziałem, przede wszystkim brak strategii, a jak brak strategii, to w efekcie mamy chaotyczne decyzje podejmowane pod wpływem chwilowo przeżywanych emocji. Poza tym mój portfel inwestycyjny, jeśliby to tak nazwać, to była tak naprawdę koncentracja na kilku spółkach giełdowych, bo inwestowałem przede wszystkim w polskie akcje na GPW, akcje, które zwykle tylko rosły. I nagle, jak zacząłem inwestować w nie bezpośrednio, to wtedy – pech chciał – przestały rosnąć.

Próbowałem przechytrzyć rynek. Koledzy też inwestowali i tyle lat im się udawało, to dlaczego mi by się miało nie udać? Tak naprawdę byłem jak dziecko we mgle. Żyłem iluzją swojego geniuszu, bo się dużo naczytałem o giełdzie, o różnych cudownych technikach inwestowania. Jestem sprytny i nie chciałem tak łatwo przyjąć do wiadomości, że po prostu jest bessa.

Żyłem iluzją swojego geniuszu, bo się dużo naczytałem o giełdzie, o różnych cudownych technikach inwestowania. Jestem sprytny i nie chciałem tak łatwo przyjąć do wiadomości, że po prostu jest bessa

Prawdopodobnie, gdybym zaczął inwestować 2-3 lata wcześniej na rynku czy może nawet 4 lata wcześniej, to moje doświadczenia byłyby zupełnie inne. Miałbym pewnie takie, że inwestowanie jest banalnie proste, że wkładam 10 tys. i po kilku miesiącach wyjmuję nawet 20 tys. albo jeszcze więcej. Tymczasem moje doświadczenia były takie, że na funduszach coś jeszcze byłem w stanie zrobić sam, a jak zacząłem inwestować, to chociaż moim kolegom wcześniej się udawało, to zacząłem tracić większość kapitału. W przerażającym tempie, bo w kilka miesięcy kilkadziesiąt procent kapitału, wręcz górne kilkadziesiąt procent kapitału wyparowało.

Byłem podłamany tym wszystkim. To zresztą nic dziwnego, bo dla mnie to była zupełnie nowa sytuacja. Rozważałem taki scenariusz, w którym po prostu oleję to wszystko i zapomnę o giełdzie na całe życie. Nie chciałem jednak dać za wygraną. Próbowałem zrobić coś bardzo głupiego, a mianowicie odegrać się na rynku, czym jeszcze bardziej sobie zaszkodziłem, pogłębiając swoje straty czy po prostu robiąc większe straty, większe spustoszenie w swoim portfelu.

Wreszcie nadszedł moment próby stabilizacji, kiedy powiedziałem: „OK, dobra, to jeżeli się nie poddajesz, to musisz mieć plan działania”. I tutaj pewnie w dużej mierze z racji tego, że jestem programistą i bliskie jest mi podejście algorytmiczne, zacząłem „flirtować” z takim podejściem rules based, jak to mówią Amerykanie, czyli podejściem, które jest oparte na jasno zdefiniowanych regułach czy wprost algorytmach. Tak zacząłem inwestować pieniądze na rynku kontraktów terminowych, głównie na kontrakty terminowe na indeks WIG20.

Dlaczego kontrakty? Dlatego, że rynek akcji mnie tak mocno przewoził, że nie widziałem tam, przynajmniej dla siebie, możliwości zarabiania. Byłem wręcz uprzedzony do tego rynku. Powiedziałem sobie, że kontrakty terminowe przynajmniej pozwalają inwestować w obu kierunkach – i na wzrosty, i na spadki – a przynajmniej w teorii tak to wszystko się przedstawia.

Poszedłem nawet jeszcze dalej, bo chciałem zdobyć bardziej sformalizowaną wiedzę. W ten sposób ukończyłem studia podyplomowe na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, choć moje podstawowe studia to informatyka na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. O mały włos nie zacząłem pracować dla jednego z banków inwestycyjnych w Londynie, bo myślałem sobie, że może połączę swój zawód programisty z finansami i przeniosę się do Londynu. Z różnych powodów, też prywatnych, do tego akurat nie doszło.

W każdym razie w okresie po latach 2007-2008, posiadałem już bardzo dużo wiedzy, takiej bardziej sformalizowanej i w końcu ustabilizowałem swoje podejście do rynku.

Dlaczego wybrałem podejście regułowe? Poza tym, tak jak powiedziałem, że byłem programistą, jestem programistą, jest mi to bliskie, to niedawno na Twitterze bardzo fajnie to skomentował Meb Faber. Otóż wyobraźcie sobie, że rynek akcji ma mocno spadać. No i OK, nawet gdyby spadł, to co robimy, tzn. jak długo czekamy na tym rynku? Jak spadnie 30, 40, 80 proc.? A jeżeli on w ogóle nie spadnie, tylko zacznie rosnąć i najpierw zamiast bessy będziemy mieć megahossę?

Mówiąc krótko, jeżeli nie mamy planu działania i inwestujemy pieniądze na rynku akcji, i robimy to w sposób aktywny (o pasywnym inwestowaniu to jeszcze sobie powiemy nieco później w tym odcinku), to musimy wiedzieć, dlaczego coś kupujemy, dlaczego coś sprzedajemy, a nie tylko robić to pod wpływem chwilowo przeżywanych emocji. Tymczasem, jeżeli nasze decyzje są tzw. decyzjami dyskrecjonalnymi, bo nam się wydaje, że będzie rosło, bo nam się wydaje, że będzie spadało, to to jest po prostu absolutny koszmar. I ja sobie wręcz nie wyobrażam tak inwestować.

Musimy wiedzieć, dlaczego coś kupujemy, dlaczego coś sprzedajemy, a nie tylko robić to pod wpływem chwilowo przeżywanych emocji

Osoby, które to robią, nawet w sposób dyskrecjonalny, mogłyby się przynajmniej określić. Są to osoby doświadczone, które nawet jeżeli nie mają planu zdefiniowanego w formie algorytmu, to jednak mają jasno wytyczone, spisane reguły postępowania, kiedy robią coś nie pod wpływem emocji, a pod wpływem konkretnych argumentów, konkretnych kryteriów. Dlatego też takie inwestowanie dyskrecjonalne jest dla mnie mega-, megatrudnym zajęciem i wydaje mi się, że to jest coś, co do czego ja się, mówiąc zupełnie wprost, nie nadaję, bo wymaga to zbyt dużo wysiłku, zbyt dużo mojego zaangażowania i czasowego, i emocjonalnego.

Dlatego też wolę mieć podejście, regułowe, gdzie mam proste reguły postępowania, które mówią mi, kiedy kupować, a kiedy sprzedawać. Tutaj nie chodzi o to, żeby to była szklana kula, tylko chodzi o to, żeby zachowywać się w sposób powtarzalny i żeby mieć obiektywne powody podejmowania decyzji, a nie tylko chwilowo przeżywane emocje.

Lata 2009-2019

Tym oto sposobem przechodzimy do lat 2009-2019 – można powiedzieć, że to już taki okres szczęśliwości czy prawie bycia w inwestycyjnym niebie. Przede wszystkim odniosłem jakieś pierwsze swoje (nie chcę, żeby to jakoś górnolotnie brzmiało) inwestycyjne sukcesy, bo przede wszystkim przestałem tracić pieniądze, nie wiedząc nawet dlaczego. Dla jasności: to, że tracimy pieniądze, to, że portfel chwilami traci, a nie zyskuje w procesie inwestowania, to jest coś zupełnie naturalnego. Ale trzeba, żebyśmy wiedzieli, w wyniku czego tracimy pieniądze, a nie, że my mieliśmy zarabiać, a nagle tracimy i to jeszcze tracimy kilkadziesiąt procent, i w ogóle nie wiemy, co się w ogóle odprawia.

Ja w końcu zacząłem inwestować w sposób zorganizowany, regułowy, rules based, jak to ładnie mówią Amerykanie. W końcu zacząłem poruszać się po rynku w taki bardziej obiektywny sposób, nie podejmując decyzji inwestycyjnych pod wpływem emocji, a pod wpływem czy tytułem konkretnie realizowanego planu działania. Robiłem przede wszystkim proste strategie algorytmiczne na kontraktach terminowych.

Znowu ktoś może powiedzieć, że to jest wielce odległe od pasywnego inwestowania, że to jest spekulacja itd. Tu mógłbym dość szeroko dyskutować, bo dziś można by to nazwać w pewnym sensie managed futures itd., czyli coś, co również robią zawodowcy. Dla mnie najważniejsze było to, że działam w określonym schemacie, że podejmuję decyzje, które wynikają ze strategii, która jest sprawdzona. Oczywiście na danych historycznych, bo nigdy nie wiemy, jak będzie wyglądała przyszłość.

Przede wszystkim, już tak dobijając do brzegu, to po tym przejściu na podejście regułowe zacząłem się nieco odradzać, nawet w środku, po przeżytych w latach 2007-2008 porażkach. W 2009 roku to już może mniej, ale przede wszystkim w 2008 roku – to był najgorszy rok w mojej karierze inwestycyjnej.

W tamtych czasach, jeszcze powiedzmy w latach 2009-2010, nie dysponowałem wielkim kapitałem. Gdy miałem 30 lat na karku, owszem, zacząłem zarabiać większe pieniądze. Pracowałem zresztą od początku jako informatyk, jako programista, więc można powiedzieć, że na tle średniej krajowej zarabiałem więcej niż większość osób wokół mnie. Ale powiedzmy sobie szczerze, że jak miałem te dwadzieścia parę lat na karku, to do trzydziestki większość przejadałem. Nie prowadziłem budżetu domowego, nie oszczędzałem, nie myślałem w ogóle o przyszłości. Wręcz nawet myślę, że zachłysnąłem się trochę takim materialnym życiem i żyłem od baletu do baletu.

Jak miałem te dwadzieścia parę lat na karku, to do trzydziestki większość przejadałem. Nie prowadziłem budżetu domowego, nie oszczędzałem, nie myślałem w ogóle o przyszłości

Można by to nazwać procesem wyszumiania się, natomiast tak faktycznie było. Nie byłem osobą odpowiedzialną finansowo. To znaczy: zarabiałem pieniądze, ale gdzieś inwestowanie stało się bardziej formą hobby, pasji, nie myślałem o pieniądzach w ujęciu długoterminowym.

Taka większa zmiana nastąpiła dopiero gdzieś w okolicach lat 2011-2012. W 2012 roku zacząłem pracę w roli programisty w Brukseli, przeniosłem się z Polski, z Krakowa do Brukseli. Miałem wtedy 31 lat na karku i wtedy zacząłem faktycznie odkładać pieniądze już tak z pewnym planem na przyszłość i w ogóle zacząłem myśleć o przyszłości i o jakiejś stabilizacji, nie tylko takiej finansowej. Rozwijałem dalej swoje strategie. Zacząłem też inwestować szerzej, nie tylko na GPW na kontraktach terminowych, ale w Stanach Zjednoczonych. I to było coś, co w Polsce chyba do dziś jest bardzo mało popularne, bo w dobie różnych platform foreksowych ludzie handlują gdzieś na CFD, ale żeby ktoś faktycznie handlował na kontraktach terminowych w Stanach Zjednoczonych, to nadal jest to, powiedziałbym, nisza – aczkolwiek w tym momencie ja już tego tematu nie śledzę. Na takie kontrakty terminowe versus kontrakty CFD są natomiast większe wymogi kapitałowe.

Ale dobra, nie chcę odbiegać od tematu. Programowanie tych strategii, bo ja tę strategię zacząłem automatyzować, więc to były dosłownie automaty, które w moim imieniu handlowały przez platformę Trade Station na giełdzie w Chicago, w Nowym Jorku, to było całkiem przyjemne i w ogóle całkiem fajne, tylko że… No właśnie, zanim jeszcze przejdę, jaki tam haczyk się pojawił, to może jeszcze powiem, że w czasie mojej stabilizacji pomyślałem sobie, że „OK, fajnie, że inwestuję w kontrakty terminowe, to zaznam może jeszcze głębszej stabilizacji” – i zainwestowałem w polskie obligacje korporacyjne.

Mocno się obczytałem w temacie itd. I też long story short, straciłem na tym kilka tysięcy złotych i się po prostu z tego wyleczyłem, tzn. doszedłem do takiego przemyślenia, że skórka jest niewarta wyprawki. Owszem, można fajnie zarabiać na obligacjach korporacyjnych w Polsce (przynajmniej było, bo teraz tego rynku też nie śledzę), natomiast jest fajnie, jak jest fajnie. Wystarczy, że powinie nam się noga i wybuchnie jeden granat w ręce i on może zmyć nasze wszystkie zyski z kilku lat wstecz. Stwierdziłem więc po prostu, że jak mam mieć jakąś spokojną formę inwestowania i mają być to obligacje, to na pewno nie będą to już nigdy obligacje korporacyjne, takie kupowane indywidualnie.

To taki mój krótki epizod, który do dziś o tyle przypomina mi o swoim istnieniu, że jak loguję się na rachunek maklerski, to widzę tam te niewykupione obligacje korporacyjne, chociaż miało to miejsce już 10 lat temu. Tam było kilka obligacji, ale pierwsza obligacja, która w moim przypadku była niewykupiona, to był 2011 rok, jeśli dobrze pamiętam.

Pomijając już obligacje korporacyjne, całkiem fajnie szło mi z kontraktami terminowymi. Dla jasności: nie miałem jeszcze wtedy jakiegoś wielkiego kapitału, ale przede wszystkim widziałem, że to ma sens, że robię coś sensownego. Tylko że… no właśnie, Houston, we have a problem. Rosnący kapitał i śledzenie rynku przy krótkoterminowych jednak mimo wszystko strategiach, strategiach, gdzie po prostu pozycje na rynku mogły się obrócić nawet kilka razy w ciągu dnia, pomimo że to było zautomatyzowane – zaczęło to być męczące. Rolowanie kontraktów, testowanie tego wszystkiego, dbanie o to, żeby to wszystko dobrze działało. Pomimo, że to było pod automatem, to trzeba było to sprawdzać, pojawiały się błędy, czasami jakieś zlecenia nie wskakiwały itd., itd. I w momencie, kiedy w tym są zapięte konkretne pieniądze, już coraz większe, to nawet wyjazd na urlop nie pozwalał odciąć się od tego rynku.

Poza tym różnica czasowa. Ja o czwartej nad ranem odruchowo spoglądałem na telefon komórkowy, jak tam np. się ma kontrakt terminowy na platynę. To wszystko nie robiło dobrze higienie mojego życia, że tak powiem, i zacząłem myśleć o strategiach w dłuższym horyzoncie czasowym, ale takich strategiach, które nie wymagałyby mojego codziennego nadzoru. Wtedy miałem już pierwsze małe próby z ETF-ami, czyli takimi portfelami wręcz pasywnymi. Nie poszedłem w tę stronę, bo wtedy to było, nawet tak koncepcyjnie, bardzo odległe od tego, co robiłem.

Byłem w końcu, można powiedzieć, traderem krótkoterminowym, a tutaj nagle pasywne inwestowanie – to było aż za daleko, jak dla mnie. Myślałem bardziej o czymś znów na kontraktach terminowych, tylko w takim wydaniu bardziej długoterminowym. Myślałem też o strategiach, takich trendfollowingowych, ale w ujęciu tygodniowym. Takich, gdzie ja mógłbym raz na tydzień się zalogować i sprawdzić sobie, czy coś trzeba zrobić. Miałem pierwsze próby, ale tak naprawdę nigdy tego w pełni nie wdrożyłem, co też myślę, jest materiałem na kolejny odcinek podcastu, który by mógł przybliżyć w ogóle koncepcyjnie strategie trendfollowingowe realizowane na kontraktach terminowych, czyli takie strategie, gdzie podąża się za trendem na wielu rynkach i wykorzystuje się do tego właśnie tzw. kontrakty terminowe, czyli instrument pochodny.

Właśnie: ETF-y nadal gdzieś tam krążyły na orbicie, ale jeszcze daleko i to jeszcze nie był ten moment. Wreszcie otworzyłem bloga i w 2019 roku opisałem strategię momentum, czyli coś, co było też bliskie koncepcyjnie trend followingowi, który poznawałem jeszcze 10 lat wcześniej. I to był też taki strzał w dziesiątkę dla mnie, bo zauważyłem „OK, to jest wreszcie coś dla mnie, nie będzie tu lewara, nie będzie tutaj potrzeby zaglądania na rachunek każdego dnia, nawet każdego tygodnia”. Koncepcja w gruncie rzeczy bardzo mi też bliska. I tak właśnie zacząłem inwestować przy pomocy strategii momentumGlobal Equity Momentum. Podlinkuję tutaj dla zainteresowanych, jak taka strategia wygląda w praktyce, ale w gruncie rzeczy to wygląda w ten sposób, że mamy w portfelu albo rynek akcji, albo mamy gotówkę czy obligacje, jeżeli rynek akcji spada i to jest realizowane przy pomocy ETF-ów.

Współczesność 🙂

Przechodząc na osi czasu, dochodzimy do 2019 roku. Można powiedzieć, że to jest czas, to jest moment, od którego coraz mniej czasu aktywnie poświęcam swojemu portfelowi czy inwestowaniu. Nadal jest to moja pasja, poświęcam dużo czasu na to, chociażby z tego powodu, że prowadzę bloga, nagrywam ten podcast dla was, edukuję. Natomiast jeżeli chodzi o poświęcanie aktywnie czasu na mój portfel, to ja naprawdę mogę się tam logować dosłownie raz w miesiącu. No, może teraz dwa razy w miesiącu, ponieważ robię jedną strategię na IKZE, która akurat wymaga rebalancingu w połowie miesiąca, a druga pod koniec miesiąca. No to powiedzmy, że dwa razy w miesiącu, choć i to jest robione głównie z powodów edukacyjnych, bo te portfele prowadzę publicznie. Gdyby nie blogowanie, to faktycznie mógłbym okroić swoje inwestowanie do kilku minut w miesiącu, robiąc to nadal przy pomocy strategii aktywnych.

Oszczędność jest ogromna, przede wszystkim jeżeli chodzi o czas, jeżeli chodzi o emocje. Zrozumiałem, że nie chcę śledzić rynków na bieżąco, że to mnie już nie satysfakcjonuje, że ja po prostu się czuję zmęczony tym śledzeniem w ciągu dnia, wpatrywaniem się w to, co się dzieje na tym rynku. I choć rynki, jak powiedziałem, są moją pasją, to nie jest to pasja tego rodzaju, jaką mają np. niektórzy zawodowi traderzy.

Zrozumiałem, że nie chcę śledzić rynków na bieżąco, że to mnie już nie satysfakcjonuje, że ja po prostu się czuję zmęczony tym śledzeniem w ciągu dnia, wpatrywaniem się w to, co się dzieje na tym rynku

Gościłem takich traderów u siebie w podcaście. Na przykład Linda Raschke, która kocha rynki jako traderka, spędza tam nawet 60 godzin tygodniowo i robi to w sposób krótkoterminowy. Otwiera pozycje czasami na kilka godzin, czasami na kilka dni i czasami na kilkanaście dni. Ale ona to kocha i lubi walkę z rynkiem. Zresztą odniosła tu wiele sukcesów, też na kontraktach terminowych i jest to możliwe. Natomiast to jest zupełnie nie moja broszka, to nie jest zajęcie, któremu chciałbym się poświęcać godzinami dziennie, codziennie.

Co mam obecnie w portfelu? Przede wszystkim strategię GEM – Global Equity Momentum, o której wielokrotnie mówiłem. Mam też niewielki portfel ze strategią momentum dla akcji indywidualnych – Advanced Equity Momentum – na koncie IKZE, co też publicznie pokazuję. Mam też bardzo niewielki, demonstracyjny, pasywny portfel na FTSE All-World, czyli właściwie 100 proc. akcji globalnych. Mam też taki mały wycinek w portfelu podejścia, powiedzmy quasi-dyskrecjonalnego albo takie powiedzmy proxy do portfela value, czyli spółkę Warrena Buffetta Berkshire Hathaway. Kupiłem ją na promocji na wyprzedaży podczas pandemii koronawirusa w 2020 roku. Tę spółkę trzymam w portfelu, prawdopodobnie portfel będzie rósł i będę tam robił kolejne dopłaty. Być może z czasem będę powiększał tę pozycję na kolejnych wyprzedażach.

Co dalej? Przede wszystkim nie przewiduję już rewolucji w swoim portfelu inwestycyjnym. Nie szukam też żadnych dróg na skróty, jakichś cudownych sposobów, które miałyby przyśpieszyć zarabianie pieniędzy na rynku.

Z czasem na kontach opodatkowanych będę budował portfel pasywny. Na razie nie mieszkam w Polsce, mieszkam w Belgii. Mam inną sytuację podatkową niż większość osób mieszkających w Polsce, ale planuję powrót do Polski i wtedy też moja sytuacja podatkowa w Polsce ulegnie zmianie. Wtedy na kontach opodatkowanych będę myślał przede wszystkim o prostych strategiach pasywnych, bo one są bardziej efektywne podatkowo. Przy polskim systemie podatkowym strategie aktywne są niestety bardzo nieefektywne, po prostu jest bardzo dużo podatków do płacenia. Więcej powiem o tym zresztą w jednym z kolejnych odcinków podcastu.

Mówię o tym wszystkim, bo to, że mam duże zaangażowanie w strategie aktywne, wynika z tego, że ja póki co nie płacę od nich podatków, dlatego że mam inną sytuację podatkową. Jeżeli ktoś chce większość swojego kapitału inwestować poprzez strategię aktywną, to powinien mieć świadomość tego, jak podatki wpływają na skuteczność czy na efektywność takich strategii.

Jeżeli ktoś chce większość swojego kapitału inwestować poprzez strategię aktywną, to powinien mieć świadomość tego, jak podatki wpływają na skuteczność czy na efektywność takich strategii

Natomiast gdyby nie moja pasja do inwestowania, gdybym chciał zredukować inwestowanie do absolutnego minimum, to bez względu na to, czy byłoby to konto opodatkowane, czy konto nieopodatkowane typu IKE/IKZE, to mógłbym to wszystko zredukować do ETF-a typu np. Vanguard LifeStrategy 80/20 (V80A) albo wręcz miejscami 100 proc. akcji, globalnego koszyka akcji FTSE All-World czy MSCI All Country World Index, coś w tym stylu. Po prostu mieć wtedy zupełnie „wylane” na cały rynek i robić swoje, poświęcić się życiu, karierze, rodzinie, robić to, co się chce w życiu, przeżyć życie, a rynkowi pozostawić wykonanie pracy inwestycyjnej.

A co z moją wolnością finansową? Mówimy o inwestowaniu, opowiedziałem wam swoją historię. Ale kiedy siedzę, zarabiam pieniądze i inwestuję pieniądze, to po co to robię? Z myślą o emeryturze, z myślą o osiągnięciu wolności finansowej? Od razu powiem coś, co może być nieco kontrowersyjne. Nie jestem fanem tzw. ruchu FIRE, czyli Financial Independence, Retire Early, czyli takiej finansowej niezależności i wczesnej emerytury, bo myślę, że ta wczesna emerytura może być dość zwodnicza. Niektórzy mogą sobie wyobrażać, że wolność finansowa i wcześniejsza emerytura będzie oznaczała to, że będziemy po prostu spać każdego dnia do południa i nic nie robić albo robić to, co chcemy.

Po części może to być prawdą, że nie musimy robić czegoś tylko i wyłącznie z powodów czysto finansowych. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia na emeryturze i nicnierobienia. Mówiąc krótko, zawsze będę chciał pracować i to tak długo, jak mi tylko zdrowie pozwoli. Dlatego też, pomimo, że inwestuję i oszczędzam pieniądze, zarabiam świetne pieniądze, mogę sporo oszczędzać, to mimo wszystko skupiam się na tym, by nie zrobić nic głupiego finansowo. Wiem, że w takim wydaniu moja wolność finansowa to jest tylko kwestia czasu, ale nie kalkuluję, kiedy będę wolny finansowo.

Ja być może już jestem wolny finansowo, gdybym spojrzał na to w ten sposób: „Hej, nie musisz wcale pracować na etacie pięć dni w tygodniu, możesz sobie pracować cztery dni, może sobie pracować trzy dni. Możesz sobie zrobić pół roku przerwy, możesz sobie zrobić trzy lata przerwy, a i tak byłbyś w stanie przeżyć”. Wiem, że nie wytrzymam, nie robiąc nic przez trzy lata. Wiem, że jestem w stanie zarobić pieniądze w ten czy inny sposób. Wiem, że mam oszczędności, więc w tym kontekście mógłbym powiedzieć, że już jestem wolny finansowo.

Oczywiście nie jestem wolny finansowo w takim rozumieniu, że gdybym nie zarobił od dziś ani jednej złotówki, to nie wystarczyłoby mi do końca życia pieniędzy, które mam. Natomiast nie wyobrażam sobie też sytuacji, w której ja od dziś do końca życia już nie zarobię żadnej złotówki. Tzn. nie wiem, co by się musiało wydarzyć, jest to bardzo nieprawdopodobny scenariusz. Oczywiście w życiu mogą się przytrafić różne złe sytuacje, które spowodują, że nie możemy zarabiać, ale odrzucając taki wariant, myślę jednak, że przede mną jest jeszcze wiele lat zarabiania. I to nie musi oznaczać czegoś, co powoduje mój dyskomfort, bo robię coś, co powoduje we mnie wstręt do pracy, że nienawidzę jakiejś pracy.

W tym kontekście uważam, że jestem w miejscu, w którym czuję się komfortowo. Dla mnie najważniejsze jest, że to, co robię teraz, to jest coś, co lubię. I tak jak powiedziałem, choć nie mam wolności finansowej w rozumieniu, że mógłbym do końca życia nie zarobić ani złotówki, to ja już się czuję komfortowo, bo po prostu nie muszę się martwić o jutro, o finansowe jutro.

To tyle, jeżeli chodzi o moją wolność finansową, a jeżeli chodzi w ogóle o ruch Financial Independence Retire Early, czyli FIRE, to myślę, że to jest w sumie materiał na odrębny odcinek. Taka refleksja mnie nachodzi, kiedy obserwuję czasami komentarze odnośnie FIRE, że niektórzy zbyt dosłownie biorą to Retire Early albo zbyt ślepo na to spoglądają i starają się wyrzekać np. życia tu i teraz, przez najbliższe lata. Stawiają sobie za cel tylko tę wcześniejszą emeryturę, a mało się zastanawiają, przynajmniej takie mam wrażenie w niektórych przypadkach, co będą robić po osiągnięciu tego pułapu, na którym mogliby do końca życia już nie pracować. Ale to jest temat na inną historię.

Nachodzi mnie refleksja, kiedy obserwuję czasami komentarze odnośnie FIRE, że niektórzy zbyt dosłownie biorą to Retire Early albo zbyt ślepo na to spoglądają i starają się wyrzekać np. życia tu i teraz, przez najbliższe lata

Konkluzje

Na koniec może jakieś konkluzje. Pierwsza jest taka, że w wydaniu czysto technicznym jeszcze nigdy inwestowanie nie było tak proste jak dziś. Jeżeli zaś chodzi o wyzwania behawioralne, emocjonalne, psychologiczne, to inwestowanie było trudne, jest trudne i zawsze będzie trudne. To nie jest coś, co mamy naturalnie we krwi. Natomiast dziś możemy ogarnąć to inwestowanie w banalny sposób, kupując dosłownie jednego ETF-a i to może być cała nasza strategia inwestycyjna. Osobiście dochodzę do konkluzji, że zamiast szukać idealnej na papierze strategii inwestycyjnej, poszukiwać tej najlepszej z najlepszych, która pozwoli nam jak najszybciej pomnożyć kapitał, to lepiej szukać idealnej strategii, ale dla nas. Takiej, z którą nam jest dobrze.

Oczywiście tutaj może być pytanie i padło takie pytanie na Twitterze, za które dziękuję: to jak znaleźć strategię, z którą jest nam dobrze? Niestety, tutaj też nie mam jasnej, prostej i przyjemnej odpowiedzi, bo to przychodzi niestety z doświadczeniem. Musimy popróbować kilku różnych rzeczy, jednemu przyjdzie to szybciej, drugiemu wolniej. Ale to nie jest tak, że raz sobie spojrzymy i powiemy: „OK, to jest na pewno strategia dla mnie”. Jeżeli nie mamy doświadczenia z inwestowaniem, to prawdopodobnie przyjdzie nam jeszcze trochę poeksperymentować. Natomiast warto dobierać strategię przede wszystkim w ten sposób, żebyśmy się z nią czuli komfortowo, a dopiero później spoglądać na cyferki.

W ogóle posiadanie strategii to jest absolutny must have, bo jeżeli będziemy działać tak, jak ja działałem w roku np. 2007, 2008, to jesteśmy skazani na porażkę, bo po prostu będziemy działać pod wpływem emocji. Wtedy będzie tylko kwestią czasu, kiedy doznamy porażki. Strategię musimy mieć, nawet jeżeli ona będzie tak prosta i zredukowana do absolutnego minimum, że będziemy mieć w portfelu dosłownie jednego ETF-a.

Strategia może być bez sensu czy głupia dla innych, ale to my mamy inwestować i to my mamy się dobrze czuć z tą strategią. Np. ktoś powie: „Spółki dywidendowe są w ogóle nieefektywne podatkowo. Głupotą jest robić stock picking” itd. Jestem w stanie przyjąć argumenty, że dla większości osób, że statystyka jest taka i taka, że to nie zrobi im dobrze. Ale jeżeli ktoś chce mieć dywidendy i robi to w sposób świadomy, ma wręcz pasję w tym, żeby sobie wybierać takie spółki do portfela, lubi to, ma czas, ma ochotę, to niech tak robi, ja w tym żadnego problemu nie widzę. Miałbym problem, gdyby ktoś mnie starał się przekonywać: „Rób tylko i wyłącznie spółki dywidendowe, wszystko inne jest głupie”. Albo: „Rób tylko i wyłącznie w sposób pasywny, bo wszystko inne jest głupie”. No nie, to już byśmy wchodzili w dogmatyzmy. Jeżeli ktoś jest świadomy tego, co robi, dlaczego to robi i to robi dobrze jego psyche, jego samopoczuciu inwestorskiemu, to wszystko jest dla mnie OK, o tyle, o ile ta strategia ma w ogóle jakiś sens, tak?

Mając to wszystko za sobą, mając dopasowaną do siebie strategię, możemy zamknąć ten temat i skupić się przede wszystkim na takich rzeczach, jak: jak najwcześniejszym oszczędzaniu i inwestowaniu, bo im wcześniej zaczniemy inwestować i odkładać pieniądze, tym lepiej dla nas, bo procent składany będzie mógł się lepiej wykazać. Gdybym oszczędzał swoje pieniądze zarobione w wieku dwadzieścia parę lat, to 10 lat później miałbym już całkiem fajny kapitał, a ja go nie miałem, bo żyłem tak, a nie inaczej, od baletu do baletu albo po prostu te pieniądze przejadałem. Im wcześniej zdobędziemy samoświadomość, że procent składany jest naszym przyjacielem o tyle, o ile działa na naszą korzyść, czyli inwestujemy pieniądze w mądry sposób. Powinniśmy zacząć inwestować jak najszybciej. Idealnym przypadkiem jest, gdyby nasi rodzice założyli nam rachunek i tam przelewali nasze 500+, które jako dziecko otrzymywaliśmy.

Im wcześniej zaczniemy inwestować i odkładać pieniądze, tym lepiej dla nas, bo procent składany będzie mógł się lepiej wykazać

To jest jeden aspekt. Drugi aspekt to maksymalizacja zarobków, czyli to, co może nam pomóc w osiągnięciu większej stopy oszczędności. Nie chodzi o to, żeby żyć zupełnie jak pustelnik, żeby sobie wszystkiego odmawiać, żyć o suchym chlebie i wodzie. Natomiast jest oczywiste, że jeżeli ktoś zarabia 3 tys. zł, no trudno mu będzie odkładać 2 tys. zł i przeżyć za tysiąc. Ale jeżeli ktoś zarabia 30 tys. zł, to jest może bardziej ekstremalny przypadek, to takiej osobie znacznie łatwiej jest odłożyć chociażby połowę i mieć stopę oszczędności na poziomie 50 proc. O ile więc nie możemy kontrolować rynków, o tyle możemy mieć wpływ na to, ile będziemy zarabiać, przynajmniej do pewnego poziomu. I lepiej skupić się na tym, żebyśmy więcej zarabiali i żebyśmy mogli więcej dzięki temu oszczędzać, niż skupiać się na tym, jak tu wynaleźć lepszą strategię inwestycyjną.

Optymalizacja podatkowa – będę całkiem sporo mówił o niej niebawem, w kolejnych odcinkach, mówiłem już w poprzednim. To jest coś, co naprawdę mocno zmienia postać rzeczy. Jeżeli uwzględnimy podatki, to się okazuje, że fajne strategie mogą być mniej fajne. Należy je więc uwzględniać i dobierać w ten sposób, żeby były jak najbardziej efektywne podatkowo. To, co możemy ugrać dzięki podatkom, może nam naprawdę przynieść o wiele więcej niż szukanie jakiejś jeszcze lepszej strategii inwestycyjnej.

Wreszcie redukcja kosztów, czyli koszty zarządzania, koszty prowizji. Będzie materiał o tym, jak koszty związane z płynnością danego rynku wpływają na wyniki inwestycyjne. Tu znów zależy, jaką strategię ktoś realizuje.

Podsumowując: jak najwcześniejsze oszczędzanie, maksymalizacja zarobków i większe oszczędności, optymalizacja podatkowa, redukcja kosztów, czyli koszty zarządzania itd., jakie ponosimy na rzecz domu maklerskiego – te wszystkie rzeczy mają o wiele większy wpływ na to, jakie będziemy mieć wyniki inwestycyjne za X lat niż szukanie superstrategii inwestycyjnej. Szukanie Świętego Graala naprawdę nie ma większego sensu. Chyba że szukamy Świętego Graala w tym rozumieniu, że jest to Święty Graal, który jest po prostu naszym Świętym Graalem – my się dobrze czujemy z tą strategią, ona nas satysfakcjonuje i jesteśmy w stanie z nią być na dobre i na złe. Wtedy tak, coś takiego warto robić. Natomiast pewniejsze pieniądze zarobimy na tym, że zaoszczędzimy je w większych ilościach, bo będziemy lepiej zarabiać albo będziemy płacić mniej podatków czy ponosić po drodze mniej opłat.

Zakończenie

Z mojej strony to wszystko, jeżeli chodzi o ten odcinek, na koniec jeszcze tylko ogłoszenia parafialne. Zachęcam, żeby odwiedzić stronę systemtrader.pl/092, tak jak numer tego odcinka. Tam są materiały uzupełniające, będzie też wideo i zapis tekstowy tego podcastu – dla tych, którzy wolą treści wideo albo tekstowe, jest to fajna opcja.

Kolejny odcinek podcastu, kolejny materiał, jaki planuję, będzie o kosztach transakcyjnych. Było już co nieco o podatkach i będzie o podatkach jeszcze więcej. Mam dla was przygotowany materiał o wpływie kosztów transakcyjnych w kontekście pasywnych portfeli. Powiem też, jak te koszty optymalizować. Będzie również bonus w postaci kalkulatora z kosztami transakcyjnymi dla różnych brokerów. Już teraz z góry zapraszam do kolejnego materiału za tydzień. Serdecznie pozdrawiam, do usłyszenia. Bye, bye!

Subskrybuj
Powiadom o
guest

8 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Ruszyła sprzedaż oprogramowania #ST

Kilkadziesiąt gotowców inwestycyjnych!