Pobierz skondensowaną porcję wartościowej wiedzy o inwestowaniu!🙂

Inwestowanie pieniędzy na rynkach kapitałowych jest pełne mitów, paradoksów i skrajnych opinii. Mamy oto na przykład osoby, które kategorycznie twierdzą, że te wszystkie rynki finansowe to jedna wielka jaskinia hazardu – bez względu, czy ktoś jest krótkoterminowym spekulantem, czy tytułuje się długoterminowym inwestorem kupującym akcje wartościowych spółek. Inni zaś stojąc na przeciwległym biegunie są głęboko przekonani, że to właśnie rynki są miejscem, które uczyni ich bogatymi.

W tym odcinku postaram się przedstawić swój punkt widzenia, bazując na własnych, ponad 12-letnich doświadczeniach. W tym czasie popełniałem masę błędów, ale i nauczyłem się bardzo wiele – nie tylko o inwestowaniu, ale i o samym sobie. Nie jest to próba przekonania kogokolwiek do mojego postrzegania tematu. Mam mimo wszystko nadzieję, że materiał ten wielu sprowokuje do wyciągnięcia własnych wniosków, pomagając w staniu się bardziej dojrzałym uczestnikiem rynku.

UWAGA Inwestowanie na rynkach kapitałowych własnych pieniędzy, powinno służyć do zagonienia ich do bardziej wytężonej pracy, niż ma to miejsce przykładowo na lokacie w banku. Nie można jednak mieć nierealnych oczekiwań co do potencjalnych stóp zwrotu. Co więcej powinny to być pieniądze, które nie są nam potrzebne do bieżących potrzeb. Traktujmy rynki kapitałowe jako długoterminowy wehikuł dla naszego kapitału, a nie cudowną maszynkę do robienia pieniędzy, których nam brakuje tu i teraz.

W tym odcinku

  • Inwestowanie, trading, spekulacja, a może hazard — czym to się wszystko różni?
  • Jakim kapitałem inwestuję na rynkach kapitałowych?
  • Czy na rynkach kapitałowych faktycznie można pomnażać swój kapitał?
    • Dlaczego większość inwestorów traci pieniądze?
    • Czy można pobić rynek?
    • Inwestowanie pasywne vs. inwestowanie aktywne
  • Moje podejście do inwestowania na rynkach kapitałowych
    • Jak inwestowałem na początkowym etapie?
    • Jak inwestuję obecnie?
    • Jakie błędy popełniałem?
    • Gdzie i w co inwestuję?
    • Jak postrzegam swoją przyszłość jako inwestor?
  • Moje wnioski na temat samodzielnego inwestowania na rynku kapitałowym

Przydatne linki

Osoby wspomniane w tym odcinku

Polecana literatura

  • Aswath Damodaran: Wycena firm. Storytelling i liczby (2017)
  • Linda Raschke: Trading Sardines (2019)

Lepiej uczyć się na cudzych błędach

Mój pierwszy kontakt z rynkami finansowymi, z giełdą, miał miejsce gdzieś w 2005 roku. Byłem wówczas młodym chłopakiem, który niedawno co rozpoczął zawodową karierę w IT. W tej branży już wtedy zarabiało się powyżej średniej, więc pomimo prowadzenia dość imprezowego i beztroskiego stylu życia (młodość!), dysponowałem drobnymi nadwyżkami finansowymi. Rozpocząłem delikatnie – od funduszy inwestycyjnych. Po około 2 latach zacząłem jednak inwestować samodzielnie na GPW w Warszawie.

Na moje nieszczęście, niewiele później po światowych rynkach finansowych rozlał się najpotężniejszy kryzys finansowy od dekad. Polski rynek akcji otrzymał srogie baty. A ja byłem niczym malutkie dziecko we mgle – zagubione i bezbronne, bez pomysłu na kolejny krok. Błądząc traciłem tylko swoją energię i… kapitał.

Ponieważ aktywny byłem wówczas głównie na rynku akcji, epizod ten był dla mnie dość traumatycznym przeżyciem. W cokolwiek nie zainwestowałem generowało to stratę. Portfel krwawił coraz bardziej. Nie zdawałem sobie sprawy co się dzieje, byłem oszołomiony. Mocno oberwałem od rynku, zostałem wręcz wbity przez niego w ziemię i zapewne gdyby nie pasja do inwestowania oraz silna wola walki, dawno już porzuciłbym ten temat daleko w kąt, chcąc o nim jak najszybciej zapomnieć. Wtedy w Polsce pojęcia takie jak pasywne inwestowanie, czy ETF to była kompletna egzotyka, a nie alternatywa inwestycyjna.

Nie rzuciłem jednak ręcznikiem, a z czasem krzepłem, odnajdowałem swoje miejsce na rynku i zacząłem niejako nowe inwestorskie życie – już nieco lepsze. Trwało to jednak latami, przede wszystkim dlatego, że nie miałem koło siebie mentora, który mógłby pomóc w omijaniu kolejnych mielizn. Byłem uparty, bardzo uparty, momentami w głupi sposób, ale po latach mogę powiedzieć – udało się odrobić lekcję z inwestowania. Nabrałem przede wszystkim pokory do rynku, urealniłem swoje oczekiwania względem niego i zrozumiałem, że inwestowanie to maraton, a nie sprint. Wielu świetnych sprinterów może pochwalić się znakomitymi rezultatami na krótkim dystansie, ale w tym stylu przebiec maratonu nie sposób.

Mam jednak dobrą wiadomość: nie musisz wcale popełniać błędów większości początkujących inwestorów, takich jak ja w młodości, tracąc kapitał i wyrywając sobie włosy z głowy. Wszystko zależy od Ciebie. Jeśli jesteś początkujący, masz właśnie szansę na chłodno przemyśleć kilka spraw z mojej młodzieńczej „kariery”. Co najważniejsze – robiąc takie ćwiczenie nie musisz tracić swojego kapitału.

W tym odcinku niejako rozliczam się z przeszłością, pokazując moje błędy i moje doświadczenia zebrane w rynkowym boju. Dowiesz się w co i jak inwestuję oraz jak dużym kapitałem, mozolnie budowanym dosłownie niemal od zera, posługuję się obecnie na moich rachunkach. Nie jest to żadna magiczna ani odkrywcza wiedza – ale w tym sęk – nie trzeba być Krzysztofem Kolumbem na rynku kapitałowym, by móc na nim budować swój portfel. To co jest jednak najważniejsze, to fakt, że jestem zwykłym facetem, który do wszystkiego dochodzi od początku sam w trudzie i znoju. Nie jest to historia chłopaka, który odziedziczył fortunę od bogatych rodziców, albo historia dorobienia się majątku od zera w krótkim okresie czasu.

Każdy z nas może być skutecznym inwestorem o ile uczciwie spoglądniemy prawdzie w oczy. A prawda jest taka, że większość powinna zaakceptować dla swojego dobra, że chęć pobijania rynku lepiej zawiesić na kołku i zadowolić się tym co daje rynek. Przynajmniej na początku, zanim nie poznamy lepiej przeciwnika. Paradoks polega na tym, że większość nie chce być przeciętnym inwestorem. W efekcie ta sama większość próbując pobić rynek otrzymuje od niego w końcu łomot, kończąc swoją przygodę z wynikiem poniżej przeciętnej.

Zaproszenie do dyskusji

Serdecznie zapraszam Cię do komentowania i zadawania pytań, bezpośrednio na tej stronie poniżej, lub na mojej stronie na Facebook’u lub moim profilu Twitter’owym.

Alternatywnie możesz zadać pytanie głosowe, nagrywając się na SpeakPipe. Pamiętaj tylko, że masz 90 sekund na nagranie 🙂

Bardzo zależy mi na Twoim głosie, za który już teraz z góry bardzo dziękuję 🙂

✒ TRANSKRYPT PODCASTU

czyli wersja do czytania

Wstęp

Witam serdecznie w 46. odcinku podcastu „System Trader”. Dziś postaram się opowiedzieć o tym, dlaczego mniej znaczy więcej, przynajmniej jeśli chodzi o rynki finansowe. Będą to moje przemyślenia odnośnie inwestowania z perspektywy już niemalże 13 lat.

Jest to dość wyjątkowy odcinek, dość osobisty, o moim podejściu do rynku, o moich przemyśleniach. Jest to takie symboliczne podsumowanie pewnego etapu i próba wyciągnięcia wniosków.

Skoro już mowa o symbolice, to powiedzmy, że takim dobrym, symbolicznym powodem do nagrania tego odcinka właśnie w tym momencie jest to, że w 2019 roku wartość portfela inwestycyjnego osiągnęła poziom siedmiu cyfr, w sensie wartości portfela i tak też wkroczyłem w 2020 rok, z siedmiocyfrowym portfelem. Mówię o portfelu inwestycyjnym, czyli kapitale, który jest używany do pomnażania na rynkach kapitałowych.

Nie chodzi o to, aby to były puste przechwałki, abym popadał w jakiś samozachwyt. Chciałbym podzielić się pewnym paradoksem, bo o ile 15, 10, może nawet jeszcze 5 lat temu ta siedmiocyfrowa kwota na rachunku inwestycyjnym była dla mnie marzeniem, to teraz, kiedy przełamałem tę barierę, to wcale się z tego powodu jakoś wyjątkowo nie cieszę. Nie cieszę się z osiągnięcia tego pułapu, no może poza tym, że zrobiłem to przed czterdziestką.

Mam świadomość, że popełniłem masę, masę błędów i to jest wręcz cud, że w ogóle jestem tutaj w tym momencie i zasiadam przed mikrofonem. To chyba głównie dzięki pasji do rynków i inwestowania. Z tej perspektywy najważniejsze dla mnie jest to, że w ogóle jestem żywy na tym rynku. Jestem natomiast pełen wiary w dobrą przyszłość, bo wystarczy, że ograniczę liczbę błędów popełnianych w minionym okresie, żeby po prostu było dobrze w przyszłości.

Ostrzeżenie

Zanim zagłębię się w szczegóły tego odcinka, to wygłoszę jeszcze mały disclaimer – ostrzeżenie.

Otóż, cokolwiek tu mówię, to są tylko i wyłącznie moje opinie i własne, prywatne poglądy. Dlatego można wyciągać z tego swoje wnioski, natomiast powinniśmy być krytyczni nie tylko wobec tego, co ja mówię czy piszę, ale także wobec czegokolwiek, co czytamy czy słyszymy. Nie traktujmy czegokolwiek, o czym tu mówię, jako porady inwestycyjnej. Wiedz, że ja też cały czas się uczę i cały czas dochodzę do nowych wniosków, i to pomimo tego, że mam już całkiem sporo doświadczenia i wiele bym dał, żeby mieć to na przykład 10 lat temu.

W czasie zmienia się nie tylko nasze doświadczenie, ale zmieniamy się i my sami. Zmieniają się nasze preferencje, zmienia się nasza sytuacja osobista. Inaczej inwestuje się na rynku finansowym, mając 20 lat i będąc singlem, a inaczej mając już lat 40 i odpowiedzialność za rodzinę. Warto się uczyć, warto poszerzać wiedzę, ale na końcu musimy samodzielnie podjąć decyzję i wziąć za nią odpowiedzialność.

Inwestowanie, trading, spekulacja i hazard

Tyle, jeśli chodzi o wstęp do tego odcinka, teraz chciałbym powiedzieć o inwestowaniu. O tym, czym jest inwestowanie, czym jest spekulacja, hazard, trading, jak tu przebiegają granice. Nagrałem już na ten temat osobny materiał, który podlinkuję do strony poświęconej temu odcinkowi, natomiast tutaj jeszcze przez chwilę poopowiadam, żeby była jasność, co mam na myśli, mówiąc o inwestowaniu.

Tak to jest, że większość ludzi uważa, że hazard jest zły. Inwestowanie natomiast jest czymś dobrym i być może trading jest umiejscowiony gdzieś pośrodku. Taką właśnie opinię widziałem ostatnio, a napisał ją Robert Carver, gość mojego ostatniego podcastu, z którym przeprowadziłem wywiad w grudniu 2019 roku. Bardzo doświadczony trader, który pracował dla dużego funduszu hedgingowego w londyńskim City, zarządzającym miliardami dolarów. Ucieszyło mnie właśnie to, że ktoś tak bardzo doświadczony ma bardzo podobny pogląd na tę sprawę.

Ponad miliard dolarów w jeden dzień, czyli Robert Carver o profesjonalnym podejściu do inwestowania oczami quanta

Robert Carver przez lata pracował w londyńskim City jako quant trader w dużym funduszu hedge o nazwie Man AHL, zarządzającym obecnie aktywami o wartości ponad 30 miliardów USD.

Czytaj dalej →

Każda aktywność, jeżeli chodzi o inwestowanie, hazard, czy spekulacje, trading, oznacza, że wystawiamy jakieś pieniądze na ryzyko i nigdy tak na 100 procent nie jesteśmy pewni wyniku. Jeśli więc już mamy mówić w sposób negatywny, że coś jest złe, to złe jest wystawianie pieniędzy na ryzyko przez kogoś, kto przeciętnie ma gwarantowaną stratę, gdy po prostu z góry wie, że nie może zarobić pieniędzy i przy okazji naraża na ryzyko zbyt duży kapitał, zbyt dużą część portfela. Dlatego też wtedy można powiedzieć, że coś jest nie tak.

Nie ma zupełnie niczego złego w hazardzie, bo są też profesjonalni hazardziści, którzy podchodzą do tematu w sposób profesjonalny. Potrafią liczyć swoją przewagę, bazując na rachunku prawdopodobieństwa, i wiedzą jak grać, by przeciągnąć tę przewagę na swoją stronę i by móc systematycznie wygrywać. Nie ma niczego złego w takim hazardzie, nie ma niczego złego w inwestowaniu, w tradingu, o ile wiemy, co robimy i jeśli nigdy nie podejmujemy ryzyka, gdy prawdopodobieństwo jest przeciwko nam. Dlatego też to, że ktoś korzysta z analizy fundamentalnej i robi wycenę przedsiębiorstwa, i na bazie tego kupuje lub nie jakąś spółkę do swojego portfela, to jeszcze nie czyni z tej osoby inwestora.

To, że ktoś korzysta z analizy fundamentalnej i robi wycenę przedsiębiorstwa, i na bazie tego kupuje lub nie jakąś spółkę do swojego portfela, to jeszcze nie czyni z tej osoby skutecznego inwestora

Chciałem polecić tutaj książkę, która została przetłumaczona na język polski, a jej tytuł brzmi „Wycena firm. Storytelling i liczby” profesora Aswatha Damodorana. To jest w ogóle wielkie nazwisko, jeśli chodzi o świat wyceny przedsiębiorstw. Jest to osoba, która doskonale pokazuje w tej książce, że bardzo zwodnicze jest myślenie, że na przykład analiza fundamentalna jest lepsza od analizy technicznej lub odwrotnie.

Otóż to nie analiza jakiegoś rodzaju zarabia na rynku, ale zarabia człowiek za nią stojący. Zarówno analiza fundamentalna, jak i analiza techniczna może być wykorzystywana w sposób zły, naiwny, błędny. Jest to dość istotne, aby pamiętać, że tak naprawdę my możemy nazywać siebie inwestorem, ale nie oznacza to jeszcze, że będziemy skutecznymi inwestorami. Z drugiej strony może być hazardzista, który będzie miał przyklejoną etykietę hazardzisty, ale będzie specjalistą w tym, co robi, i on będzie zarabiał w długim terminie, a my jako inwestorzy nie.

Dlatego też ja tak właśnie do tego tematu podchodzę. Sprowadzam wszystko do twardych liczb, do rachunku prawdopodobieństwa. Myślę, że dobrze by było, gdyby większość osób też tak do tego tematu podchodziła, bo dopiero na końcu liczy się wynik.

Czy na rynku można regularnie zarabiać?

Zanim przejdę do opowiadania o tym, jak wygląda inwestowanie w moim portfelu i jakie mam wnioski odnośnie inwestowania na rynkach kapitałowych, to zastanowię się przez chwilę i spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czy na rynku można w ogóle zarabiać pieniądze? Czy inwestowanie na rykach finansowych, na rynkach kapitałowych ma sens?

Spójrzmy na rynek akcji w Stanach Zjednoczonych. Przez ponad dwa wieki rynek w USA cały czas pnie się w górę. Oczywiście są chwilowe spadki, niektóre trwają wiele lat, natomiast jak się ma na wykresie perspektywę dwóch wieków, to te spadki, kryzysy giełdowe wyglądają tam jak małe ząbki, a uwagę przyciąga jedna, długa linia pnąca się cały czas w górę. Mówiąc krótko: od ponad dwóch wieków rynek amerykański jest w trendzie wzrostowym.

Mówię o akcjach, ponieważ spośród wszystkich klas aktywów, historycznie akcje pozwalały zarobić najwięcej, to znaczy więcej niż inne klasy aktywów jak np. złoto czy obligacje. Większość uczestników natomiast, pomimo że inwestuje na rynku, który rośnie od ponad dwóch wieków, traci w długim terminie i to jest paradoks. Nawet jeśli ktoś inwestuje na rynku akcji, to wciąż większość z tych osób odchodzi z tego rynku poturbowana, z uszczuplonym portfelem.

Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Moglibyśmy nagrać oddzielny odcinek o tym, dlaczego tak się dzieje, ale jeśli miałbym w tym momencie wskazać jedną, najczęstszą przyczynę strat na rynku, to powiedziałbym, że jest to nadmierna pewność siebie. Brzmi to trywialnie, niewinnie, natomiast czym objawia się nadmierna pewność? Podajmy przykłady.

Najczęstszą przyczyną strat na rynku jest nadmierna pewność siebie

Nadmierną pewność siebie można opisać tym, że ulegamy iluzji pieniędzy łatwo zarobionych na rynku. Mamy też często idące za tym, nierealne oczekiwania.

Przykładowo Andreas Clenow, gość mojego podcastu z początku 2019 roku jest kimś, kto zarządza portfelem o wartości pół miliarda dolarów, w Szwajcarii ma swój fundusz hedgingowy. Człowiek, który mówi, że jak jeździ po konferencjach finansowych i przeważają wśród gości profesjonalni inwestorzy, to ich oczekiwania co do możliwości osiągania stóp zwrotu na rynku oscylują mniej więcej w granicach 10-15 procent. Są tacy, którzy uważają, że 15 procent w długim terminie jest bardzo ciężko oczekiwać, a bardziej przyziemne stopy zwrotu to 10 procent w skali roku, na przestrzeni wielu dekad.

Andreas Clenow mówił też, że jak jeździ na konferencje, gdzie przeważają goście ze środowiska inwestorów indywidualnych, tak zwani retail investors lub retail traders, to tacy ludzie bardzo często mają nierealne oczekiwania. Oni też najczęściej chcieliby zarabiać 10-15 procent, tyle że bynajmniej nie w skali roku, ale w skali miesiąca lub nawet i tygodnia.

Większość osób nie chce brać tego, co daje rynek. Chcemy go usilnie pobić, przechytrzyć i niestety próby te zwykle kończą się na stratach. Nie znaczy to, że tego rynku pobić się nie da. Na ten temat są dyskusje i niektórzy twierdzą, że nawet jeśli ktoś go pobijał przez długi okres, to wciąż może to być wynik tylko i wyłącznie szczęścia.

Przywołam tutaj nieśmiertelny wręcz przykład Warrena Buffetta. Uważam, że jest to dobry przykład, bo jego historia inwestycyjna jest długa. Po siedemdziesięciu latach inwestowania można powiedzieć, że Warren Bufftet pobił rynek, to znaczy wygenerował większą stopę zwrotu za okres 70 lat niż to, co by dał mu rynek, gdyby zainwestował w sposób pasywny, czyli w szeroki rynek, którego nie próbowałby pobijać, tylko wziął to, co rynek daje sam od siebie.

O inwestowaniu i najlepszym inwestorze wszechczasów, Warrenie Buffecie, opowiada Tomasz Jaroszek

Piguła wiedzy o inwestowaniu na rynkach kapitałowych oraz o tym, czego nauczyć może nas najlepszy inwestor w historii - Warren Buffett

Czytaj dalej →

To, że Warren Buffett pobił rynek, nie znaczy, że zawsze mu ta sztuka wychodzi i każdego roku, bo okazuje się, że są takie dekady, gdzie Buffett wcale tego rynku nie pobił. Zresztą nie trzeba daleko sięgać w historii inwestycyjnej Warrena Buffetta. Starczy, żebyśmy się cofnęli do początku roku 2008, tuż przed wybuchem wielkiego kryzysu finansowego na świecie, tuż przed wielkim załamaniem notowań akcji na rynkach światowych.

Gdybyśmy na początku stycznia 2008 roku kupili sobie akcje spółki Berkshire Hathaway, czyli spółki, która jest wehikułem inwestycyjnym kontrolowanym przez Warrena Buffetta, to od 2008 roku do dziś – do początku lutego 2020 roku, zarobilibyśmy na tej inwestycji około 140 procent. O tyle przyrosła wartość akcji spółki Berkshire Hathaway, co przelicza się mniej więcej na średnioroczną stopę zwrotu na poziomie 7,5 procenta.

Gdybyśmy natomiast w tym samym czasie, na początku 2008 roku, kupili sobie jednak nie spółkę Berkshire Hathaway, ale ETF-a na indeks S&P 500, czyli fundusz, który kupuje wszystkie spółki, jak leci, z indeksu S&P 500 największych spółek amerykańskich notowanych na giełdzie w USA, to do dziś średniorocznie zarobilibyśmy nie 7,5 procenta jak w przypadku Berkshire Hathaway, ale 9,2 procenta. Zamiast 140 procent nasza inwestycja przyrosłaby w tym czasie o 190 procent. Mówiąc inaczej, inwestycja w cały, szeroki rynek, inwestycja pasywna, bez prób pobijania rynku, dała od roku 2008 lepszy wynik niż inwestycja przez najlepszego inwestora wszech czasów w akcje spółki Berkshire Hathaway.

Myślę, że na tym przykładzie można zaobserwować, że pojawia się tutaj nadmierna pewność siebie, bo łatwo nam powiedzieć, że „Warren Buffett jest już dużym inwestorem, ma duży kapitał, ma dużo ograniczeń itd., więc ja będę lepszy od Buffetta”. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to jest to wręcz groteskowe myślenie. Buffett zajmuje się tym profesjonalnie, od rana do wieczora, codziennie od 70 lat. My jako inwestorzy indywidualni zwykle zajmujemy się tym „po godzinach”, a nasze główne źródło dochodu nie pochodzi bynajmniej z inwestowania pieniędzy na rynkach kapitałowych, a z działalności biznesowej czy z pracy na etacie. Mimo wszystko bardzo łatwo przychodzą nam do głowy takie stwierdzenia: „Mogę wygenerować lepszą stopę zwrotu, bo jeśli ja miałbym od roku 2008 średniorocznie zarabiać 7,5 procenta, to po co mi się w ogóle bawić w tę giełdę, jeśli ja chcę tam wchodzić po to, by zarobić tam miliony, a nie jakieś grosze”. Cóż, jak się okazuje, pobijanie rynku jest cholernie trudne i nawet najlepszy inwestor wszech czasów lekko nie ma.

Kończąc wątek Buffetta, dodam że trudność w pobijaniu rynku polega m.in. na tym, że rynek cały czas ulega zmianie. To, co działało dziś, niekoniecznie zadziała dziś i jutro lub będzie działać gorzej. Nawet jeżeli mamy przewagę, która w okresie liczonym w dekadach daje przewagę, to nie znaczy, że w każdej dekadzie ta przewaga jest tak samo widoczna, tak samo mocna. To jest trudne chociażby z punktu psychologicznego i większość osób nie potrafi się adoptować do zmian rynkowych.

Muszę się tutaj uderzyć w pierś, bo przyznam się, że sam staram się pobijać rynek, ale przez lata nabrałem do rynku bardzo dużo pokory. Ważniejsze od samego pobicia rynku, w rozumieniu zysku na końcu, jest dla mnie ograniczenie i kontrolowanie ryzyka, czyli tej drugiej strony równania. Zwykle mówimy o tym, ile ktoś zarobił pod koniec swojej inwestycji, natomiast pomijany jest aspekt ryzyka.

Zwykle mówimy o tym, ile ktoś zarobił pod koniec swojej inwestycji, natomiast pomijany jest aspekt ryzyka

Mówiąc obrazowo, jeśli w danym okresie, powiedzmy kilku dekad, rynek pozwoliłby zarobić średniorocznie 10 procent, ale w międzyczasie rynek czy nasz kapitał osunąłby się aż o 50 procent, to osobiście uważam, że dla mnie ogromnym sukcesem byłoby, gdybym – zamiast mieć chwilową stratę 50 procent w portfelu – mógł ograniczyć ją do 20 procent. Nawet jeśli finalnie na końcu nie miałbym 10 procent średniorocznie, ale np. 9 i 10 procent. To już byłby dla mnie sukces i w tym kontekście uważałbym nawet, że pobiłem rynek. Co prawda, nie mierząc go w stopie zwrotu, ale jeśli chodzi o kwestię ryzyka. Myślę, że często ten aspekt czy taki punkt widzenia nie jest eksponowany w różnych źródłach, w różnych materiałach. Zwykle większość osób skupia się tylko na aspekcie czystego zysku.

Jest też dobra wiadomość. Jeśli ktoś boi się, że nie byłby w stanie pobić rynku (jest to uzasadniona obawa, bo większość osób nie jest w stanie tego dokonać), to na szczęście jest coś takiego, jak inwestowanie pasywne. Powiedziałbym nawet, że większość osób nie próbowała pobijać rynku, ba – nie powinna tego robić! Inwestowanie pasywne to jest coś, do czego powinna ograniczyć się większość osób, która wchodzi na rynek kapitałowy.

Na czym to polega? Jak to wygląda? Co tu robimy? Otóż w skrócie: budujemy stały portfel, który nie ma próbować reagować na zmiany rynkowe, tylko ma na stałe ustalone wagi portfela. Np. mówimy sobie, że w naszym portfelu 60 procent to będą akcje, np. S&P 500, cały indeks, a 40 procent będzie ulokowane na przykład w ETF-ie obligacji krótkoterminowych czy średnioterminowych, jakichkolwiek. To, co my robimy przy takim portfelu, to tylko próbujemy utrzymać te wagi w zakresie 60-40.

To jest dość często przytaczany w materiałach modelowy portfel, mniejsza w tym momencie o to, czy dobry, czy zły, natomiast my cały czas dokonujemy tzw. rebalancingu. Jeżeli np. akcje mocno urosły i z 60 procent w portfelu akcji zrobiło się 70 procent, to po jakimś czasie musimy sprzedać nieco tych akcji i dokupić obligacji, by znów powrócić do tego oryginalnego wariantu 60 procent akcji, 40 procent obligacji.

To, że wydaje się to być proste, jak zwykle nie oznacza, że takie jest. Trzeba mieć świadomość, że to, co robimy, musi mieć uzasadnienie; musimy wiedzieć, co robimy. Przykładowo: wrzucenie do portfela 100 procent akcji i tylko akcji nie ma sensu czysto matematycznie, chociażby dlatego, że jakbyśmy sobie włożyli tam 10 procent obligacji, to okazałoby się, że nasz portfel nie tylko potrafi zarobić jeszcze więcej, co jesteśmy jeszcze w stanie ograniczyć ryzyko.

W tym roku będę chciał wam pokazać podejście do budowy takich modelowych portfeli. Pracuję też nad oprogramowaniem, które będzie pozwalało budować takie portfele w praktyce. Będzie można zmierzyć, zobaczyć, poczuć, dlaczego warto dodać obligacji do portfela, w którym nawet przeważają akcje. Przekonać się, że jednak te obligacje są przydatne, żeby to nie było tylko puste gadanie, ale żeby każdy z was mógł zobaczyć, na czym to polega. Trzymajcie kciuki, żeby za kilka miesięcy udało mi się wypuścić pierwszą wersję mojego oprogramowania, żeby każdy mógł sobie poklikać i zobaczyć, jak to wygląda.

Moje podejście do inwestowania

Teraz chciałbym porozmawiać o moim podejściu do inwestowania. Będzie to historia od handlu bardzo aktywnego do coraz bardziej leniwego inwestowania. Na początek opowiem o tym, jak wyglądały moje początki inwestowania, mój początek kariery inwestycyjnej.

Początki inwestowania

Najkrócej mówiąc, był to bardzo aktywny handel. Inwestowałem wtedy głównie na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, a właściwie tylko i wyłącznie tam, bo nie miałem innych rachunków, a więc byłem ograniczony do tego, co jest dostępne w domu maklerskim, który ma zorganizowany handel tylko na GPW. W moim przypadku były to więc kontrakty terminowe i akcje.

Popełniłem masę błędów, jak większość początkujących. Takim pierwszym błędem był, ogólnie mówiąc, brak planu. Starałem się też analizować bieżące wiadomości z rynku , czytałem, co się dało, próbowałem wyciągać z tego jakieś wnioski. Poddawałem się irracjonalnym emocjom rynkowym, zwłaszcza, że przyszło mi pracować na rynku w okresie, który był ciężki, bo był to 2008 rok, kiedy rynki światowe, rynki finansowe naprawdę się waliły, więc jak ktoś inwestował wtedy na rynku akcji, to siłą rzeczy miał pod górkę.

Tak było też w moim przypadku. Moje inwestowanie było po prostu infantylne, naiwnie podchodziłem do rynku. Rysowałem np. jakieś głupoty na wykresach, bo widziałem, że przez lata rynek akcji rósł, więc wydawało mi się, że teraz też tak musi być. Próbowałem jakoś przewidywać ten rynek, próbowałem łapać dołki, górki, wyszukiwać jakieś superspółki do portfela. Wychodziłem z założenia, że po co się będę pakował w szeroki rynek (nie było wtedy jeszcze ETF-ów), wybierał sobie pakiet spółek do portfela, skoro mogę sobie wybrać 2-3 rodzynki i one pozwolą mi zarobić wielokrotnie więcej niż cały rynek. Oczywiście to była utopia i większości osób nigdy się coś takiego nie uda, bo ciężko jest pobić szeroki rynek, o czym mam nadzieję, że większość z was, słuchając tego odcinka, będzie się mogła przekonać. No cóż – takie były moje początki.

Popełniłem masę błędów, jak większość początkujących. Takim pierwszym błędem był, ogólnie mówiąc, brak planu

Zacząłem się interesować kontraktami terminowymi, które pozwalały też zarabiać na spadkach. W końcu doszło do mnie, że coś jest nie tak, bo te akcje, cholera, wcale nie chcą iść w górę. Był 2008 rok, więc wszystko niemal solidarnie spadało. Wtedy popełniałem kolejne błędy – np. stosowałem nadmierny lewar albo nie myślałem w ogóle o jakiejkolwiek sensownej kontroli ryzyka.

To wszystko, co tu przed chwilą powiedziałem, można by tak naprawdę zamknąć w prostym określeniu – że to wszystko wynikało z nadmiernej pewności siebie. Miałem nierealne oczekiwania – np. dziś z błogosławieństwem przyjąłbym wyniki, jeżeli chodzi o zysk, na poziomie 5-10 proc. powyżej inflacji. Wtedy takie wyniki mnie śmieszyły – nie po to przecież wchodziłem na rynek, żeby zarabiać takie grosze.

To wszystko oczywiście kosztowało mnie mnóstwo nerwów, stresu, ale też wydawało mi się, że inwestowanie nie może być nudne, nie może być pozbawione stresu, bo tak to musi być, tak to musi wyglądać, że cały czas coś musi się dziać. Jeżeli chodzi o efekt tego całego mojego działania, to oczywiście nietrudno się domyślić, że z tego efektu był zadowolony broker, bo nabijałem im kabzę w postaci płaconych prowizji. Mój portfel natomiast topniał, a przynajmniej nie chciał rosnąć. Na swoje szczęście nie miałem wtedy wielkiego kapitału, więc te straty nie były ogromne, chociaż – pod względem takim czysto psychologicznym – te środki, którymi wtedy dysponowałem, były – z tamtej perspektywy – dla mnie całkiem istotne. Te straty były zatem dość bolesne i odczuwalne.

Dość szybko, po kilku miesiącach od mojego debiutu rynkowego, inwestycyjnego, po stracie już całkiem istotnych pieniędzy, doszedłem do wniosku, że muszę w końcu mieć jakiś plan działania. Tak doszedłem do handlu, do inwestowania opartego o twarde reguły, tzw. handlu systematycznego, systemowego. I to było coś dla mnie, bo poza tym, że przyszło mi działać w okresie naprawdę dużego kryzysu ekonomicznego na świecie, to tym bardziej widziałem potrzebę takiego zorganizowanego działania. Ponadto ja też mam takie osobiste preferencje – bardziej wierzę w liczby niż w storytelling.

Dzisiaj wiem już też, że ten storytelling również ma wpływ na wycenę przedsiębiorstw, również jest ważny. Jest trudniejszy do oszacowania, ale bardzo istotny. Tak że nie jest tak, że wyłącznie same liczby rządzą. W moim przypadku w podejściu regułowym, systemowym na pewno pomogło moje doświadczenie programistyczne i „wiara w algorytmy”, czyli takie klasyczne podejście typu „szkiełko i oko”. Ale i tu niestety popełniłem sporo błędów, szukając takiej wręcz idealnej strategii.

Sam moment przejścia na ten handel systemowy, regułowy wcale nie przeniósł mnie od razu z piekła do inwestycyjnego nieba. A to dlatego, że zacząłem popełniać błędy w innym obszarze. Mówiąc najkrócej, próbowałem tworzyć tak idealne strategie, które dawały jak najlepsze wyniki, ale tylko i wyłącznie w symulacjach historycznych. Oczywiście w realu, na realnym, żywym rynku, te wyniki były nie do powtórzenia.

Wtedy po prostu jeszcze niewiele wiedziałem na temat, jak powinno się modelować rynki, że można to robić z głową i że naprawdę, jeżeli chodzi o wykorzystywanie modeli na rynku, to jest to coś, co mógłbym z czystym sumieniem polecić większości osób, a być może wręcz każdemu. W moim mniemaniu intuicyjne inwestowanie jest zarezerwowane dla naprawdę niewielkiej garstki ludzi. Taka jest moja opinia.

Na moje nieszczęście wtedy nie doceniałem długoterminowego podejścia, jeżeli chodzi o inwestowanie. Dziś wiemy, że druga połowa 2009 roku to był świetny moment, żeby kupić wiele fajnych inwestycji, jeżeli chodzi o inwestowanie długoterminowe na rynku akcji, zwłaszcza w USA, gdzie od 2009 roku rynek nieprzerwanie pnie się w górę, a mamy już rok 2020.

Inwestowanie dziś

Tak było. A jak obecnie wygląda moje inwestowanie? Otóż moje inwestowanie dziś jest dużo bardziej czy lepiej zaplanowane – no może poza rachunkiem IKE/IKZE, gdzie wciąż muszę odrobić pewne zadanie domowe i się zorganizować. W tym momencie skupiam się zdecydowanie bardziej na kontroli ryzyka, bo uważam, że ryzyko jest dość łatwo kontrolować.

To my decydujemy, ile tego ryzyka chcemy sobie włożyć na plecy, natomiast nie mamy żadnego wpływu na to, co zrobi rynek. Taka pogoń za zyskiem jest zatem wręcz niezdrowa, bo my nie mamy jak panować nad rynkiem i nie możemy zdecydować, że jak będziemy inwestować na rynku akcji, to ten rynek będzie rósł. Jeśli natomiast nasza strategia jest zbudowana dla rynku akcji, a rynek mimo wszystko nie rośnie, to my, mając ryzyko pod kontrolą, jesteśmy w stanie z tego wyjść obronną ręką, nawet w niedobrym dla takiej strategii okresie.

Jeśli chodzi o moje strategie inwestycyjne, to posiadam w swoim portfelu takie krótkoterminowe strategie, czyli strategie, które otwierają pozycje na kilka dni. Stanowią one już w tym momencie margines. W przeszłości miałem ich kilkanaście, czy może w pewnym momencie nawet kilkadziesiąt. Nawet część tych strategii automatyzowałem, czyli – mówiąc obrazowo do mniej doświadczonych osób – komputer w moim imieniu kupował i sprzedawał na rynku różne walory, kontrakty terminowe.

Teraz zredukowałem moje podejście krótkoterminowe do właściwie jednej strategii, być może wkrótce dołączę do niej drugą. Jeżeli chodzi o jedną strategię, to coś podobnego opisywałem u siebie na blogu – podlinkuję do tego odcinka, gdzie można znaleźć opis tej strategii.

Tom Basso, rynkowa legenda podążania za trendem

Kolejny bohater słynnej serii książek J. Schwager’a, Czarodzieje Rynku, który zgodził się udzielić ekskluzywnego wywiadu dla Was w ramach mojego podcastu. 🙂

Czytaj dalej →

Mój handel krótkoterminowy jest w tej chwili dość sporadyczny. Jest to takie urozmaicenie handlu, inwestowania, dla połechtania mojego ego, jeśli na procentowo niewielkim kapitale jestem w stanie zarobić jakieś większe pieniądze. Moje krótkoterminowe strategie zajmują już zdecydowanie mniejszą część portfela, dlatego że nawet jak ten handel był zorganizowany w sposób automatyczny, że te strategie były uruchamiane na komputerze, to nie chciałbym przeżywać takiej sytuacji, że np. o czwartej rano spoglądam na telefon, sprawdzając co się dzieje na kontraktach w USA. Tylko dlatego, że większość mojego portfela jest nie tylko mocno zlewarowana, ale przede wszystkim praktycznie w pełni oparta na kontraktach terminowych.

W moim przypadku po prostu ciężko było się wyzbyć takich emocji. Ja po prostu nie chcę tego więcej przeżywać, chcę spokojnie spać, mając świadomość tego, że mogę w każdym momencie zrezygnować z potencjalnie większych zysków dla spokojnego snu. Możliwość spokojnego życia jest dla mnie o wiele ważniejsza.

Chcę spokojnie spać, mając świadomość tego, że mogę w każdym momencie zrezygnować z potencjalnie większych zysków dla spokojnego snu

Dlatego też coraz większa część mojego portfela opiera się na długoterminowej strategii, aktywnej strategii. Nie jest to jeszcze takie pasywne inwestowanie. Jest to strategia, która, mówiąc najkrócej, jest bardzo podobna do tego, co opisywałem w ramach strategii GEM (Global Equity Momentum), czyli momentum globalnego rynku akcji. Jest to strategia długoterminowa, która ma w portfelu albo akcje, albo obligacje, ale jednak jest tutaj dynamiczna zmiana tego portfela, w zależności od tego, co się dzieje na rynku. Czyli mamy tutaj próbę pobijania rynku, natomiast opiera się ona na anomalii.

ETF w praktyce, czyli prosta strategia dla globalnego rynku akcji i obligacji

Inwestowanie może być nie tylko proste, ale nie musi zabierać też masy czasu. Przedstawiam prostą strategię, która za ostatnie 70 lat zarabiała przeciętnie 15% rocznie.

Czytaj dalej →

Jest to strategia, która została bardzo dobrze zbadana przez środowisko akademickie, m.in. noblisty, profesora Eugene’a Fama, który jest twórcą hipotezy rynku efektywnego. Twierdzi on, że rynki są efektywne i jest niemożliwe, żeby je pobić. Nawet on przyznaje jednak, że anomalia momentum na rynkach istnieje, to wręcz najważniejsza anomalia. To bardzo ciekawy temat, jeżeli ktoś jest zainteresowany, na czym polega taka strategia, to zapraszam na swoją stronę internetową, gdzie bardzo dokładnie ją opisałem. Zresztą tę strategię jest bardzo łatwo stosować – w sensie technicznym – na własnym rachunku.

Muszę też jednak powiedzieć, że to nie jest żaden Święty Graal. Mam świadomość niedoskonałości takiego podejścia. Mam w przygotowaniu również inne strategie długoterminowe, oparte na rynku akcji lub oparte na anomalii momentum. Nie wiem jeszcze, czy będę to stosował na własnym rachunku, własnym portfelu, natomiast takie testy ostatnio przeprowadzam. Obczajam również wszelkie inne opcje, o czym będę tutaj wszystkich informował.

Jeżeli chodzi o moje podejście długoterminowe, to zastanawiam się nad tym, aby dołożyć do części długoterminowej, ale jednak aktywnej np. Berkshire Hathaway Warrena Buffetta, o której wspominałem, dlatego że jest to dość ciekawa spółka. Byłby to portfel oparty w praktyce na jednej spółce, która zawiera w sobie portfel wielu innych spółek. Jest to po prostu wehikuł inwestycyjny Warrena Buffetta. Zamiast więc kupować ETF-a, nawet w wersji smart ETF-a, czyli starajmy się dobierać do portfela spółki dywidendowe czy spółki momentum, czy jeszcze jakieś inne.

Tutaj po prostu myślę, że po jakimś dużym kryzysie, po jakimś dużym załamaniu finansowym na rynku, byłbym jak najbardziej skłonny podjąć decyzję, żeby całkiem dużą część swojego portfela przenieść właśnie, wykroić, by zalokować ją w spółkę Berkshire Hathaway. Ale to jest temat na inną dyskusję. Chodzi mi o to, że skoro już duża część portfela jest oparta na anomalii momentum, to tutaj byłaby część portfela oparta na tzw. anomalii value, czyli inwestowania w wartość.

Ostatnią część mojego portfela zajmuje tzw. portfel pasywny, także portfel długoterminowy. Obecnie jest to nieduży portfel, w tej chwili znajdują się tam tylko metale szlachetne – złoto i srebro, niewielkie ilości, oraz obligacje. Planuję jeszcze bardzo mocno popracować nad pasywną częścią portfela, m.in. przy okazji debiutu mojego oprogramowania będę się starał przedstawić, jak projektować takie portfele pasywne, długoterminowe – w zależności od potrzeb, od sytuacji, od tego, co chcemy osiągnąć.

To jeszcze nie koniec, jeśli chodzi o portfele pasywne, mam jeszcze jeden, bardzo symboliczny. Otóż w ramach usługi robo-doradcy firmy Finax – jest to taka usługa ze Słowacji, która jest dostępna dla inwestora w Polsce. Ponieważ przeprowadzałem wywiad z osobą z Finaxa, żeby przybliżyć wam ideę tzw. robodoradztwa (robo-advisor), to otwarłem tam symboliczny rachunek, wrzucając 1000 euro, a lokując 70 proc. obligacji i 30 proc. akcji, jeśli się nie mylę. To jest bardziej dla celów edukacyjnych, tzn., żeby móc wam zaprezentować, jeśli ktoś naprawdę nie chce inwestować samodzielnie, jak można inwestować swoje pieniądze przy pomocy robo-doradcy. Jeżeli chodzi o mój portfel pasywny, o długoterminowe inwestowanie, to właściwie jest tyle.

Tak na koniec chciałem powiedzieć, w co i gdzie inwestuję. Jeżeli chodzi o mój portfel inwestycyjny: tak jak mówiłem na początku, kiedy zaczynałem swoją karierę inwestorską, to właściwie była ona ograniczona tylko do GPW, wszystko było w złotówkach i nie wychodziłem poza ten rynek.

W tym momencie, po 13 latach, sprawy mają się zupełnie inaczej. Większość mojego portfela to, powiedzmy, portfel zagraniczny. Inwestuję w ramach konta otwartego u brokera o nazwie Interactive Brokers, który jest naprawdę godny polecenia, jeśli ktoś myśli poważnie o inwestowaniu i nie szuka jakichś bajerów, tylko porządnego narzędzia. To, co sam robię, jest bardzo podstawowe, więc nie potrzebuję większości rzeczy, które są dostępne w Interactive Brokers, który jest bardzo mocno rozbudowanym brokerem, jeżeli chodzi o narzędzia. Jeśli chodzi o IB, to handluję tam głównie ETF-ami na akcje, obligacje, towary, sporadycznie handluję także kontraktami długoterminowymi (futures). W przyszłości być może uruchomię tam portfel oparty o akcje. Jeżeli chodzi o waluty, to tutaj przeważa dolar amerykański. Jeżeli chodzi o IB, to około 70 proc., a reszta to jest waluta euro.

Mam również drugi portfel, niezagraniczny, polski, nasz tutejszy, na GPW. Jest to portfel w tym momencie przeznaczony tylko i wyłącznie dla IKE i IKZE. W tym momencie są to praktycznie same ETF-y. Mam tam do odrobienia zadanie domowe, jak powiedziałem wcześniej w tym odcinku, bo tu nadal nie mam takiej dyscypliny, jakiej bym chciał i takiej jednoznacznej strategii. Czekam też, czy pojawią się dla naszego rynku jakieś dodatkowe ETF-y, które pozwoliłyby mi zbudować bardziej wykwintną strategię inwestycyjną, Teraz zresztą też można, jeżeli chodzi o IKE i IKZE, inwestować na rynkach zagranicznych. Chciałbym jednak zbudować na IKE i IKZE portfel oparty na polskich aktywach. Ja po prostu mam dużą ekspozycję na zagranicę w ramach mojego konta na Interactive Brokers. I to jest właściwie tyle, jeżeli chodzi o ten temat.

Wnioski

Teraz chciałbym przejść, zamykając ten odcinek, do moich wniosków. Oczywiście możesz się z nimi nie zgadzać. Są to moje przemyślenia. Jest ich kilka, być może będą do czegoś przydatne.

Pierwszy wniosek, jaki sobie wynotowałem, jest dość pozytywny, ale dobrze zacząć od czegoś pozytywnego.

Wniosek: na rynku można zarabiać pieniądze.

Przynajmniej w moim przypadku upłynęło kilka lat, zanim mogłem powiedzieć coś takiego z pełnym przekonaniem, z ręką na sercu.

Wniosek: rynek to nie jest maszynka do robienia pieniędzy, w sytuacji, gdy nam np. ich brakuje.

Powinienem był powiedzieć na samym początku, że jeżeli chodzi o inwestowanie na rynkach kapitałowych, to powinniśmy tam inwestować swoje nadwyżki finansowe. Większość z nas zwykle będzie je zarabiać w jakimś innym miejscu – czy to na etacie, czy w jakimś biznesie. Natomiast my nie będziemy inwestować i traktować tego jako biznes w tym sensie, że będziemy też pomnażać pieniądze innych ludzi i z tego tytułu, skalując naszą inwestycję, będziemy zarabiać na tym jak na biznesie. My zwykle będziemy tam pomnażać swoje własne, prywatne środki, dlatego też trzeba o tym pamiętać. Trzeba również pamiętać, że nie powinniśmy tego traktować jako jakiegoś wehikułu do zarabiania pieniędzy w sytuacjach podbramkowych, kiedy ich nam brakuje. Takie historie zwykle bardzo źle się kończą.

Wniosek – spekulacja krótkoterminowa jest ciężka, absorbująca, wyczerpująca emocjonalnie.

To jest moje przemyślenie w tym temacie, bo wiem, że są osoby, które specjalizują się w krótkoterminowym handlu i robią to świetnie. Natomiast mniej transakcji, rzadsze transakcje nie oznaczają, że jestem inwestorem gorszego sortu, gorszym inwestorem. Doszedłem do wniosku, że chcę poświęcać coraz mniej czasu na śledzenie rynków, na handel krótkoterminowy. Przez jakiś czas byłem bardzo zachwycony automatyzacją handlu, mówiłem o tym w ramach podcastu i udzielając się w różnych dyskusjach w mediach społecznościowych. Tak naprawdę wymaga to jednak całkiem sporo pracy i nadzoru. Dlatego też świadomie zrobiłem krok w tył i zrezygnowałem z tego.

Spekulacja krótkoterminowa jest ciężka, absorbująca, wyczerpująca emocjonalnie

Poza tym, mając swój podcast, miałem przyjemność dwukrotnie przeprowadzić wywiad z Lindą Raschke. To jest osoba, która była moim idolem, może nie w dzieciństwie, ale jeżeli idzie o mój handel, to ja o Lindzie Raschke z wypiekami na twarzy czytałem już ponad 10 lat temu, bo po prostu bardzo mi się podobało jej podejście do rynków – krótkoterminowe, bardzo regułowe, oparte na twardych liczbach, na jednoznacznych regułach. Natomiast rozmowy z nią, takie prywatne, pozwoliły mi zrozumieć, że handel krótkoterminowy to nie jest coś dla mnie.

Linda Bradford Raschke, czarodziejka z Wall Street

Bohaterka słynnej serii książek J. Schwager’a, Czarodzieje Rynku. W tym wywiadzie Linda opowiada między innymi o swoich doświadczeniach podczas wielkich krachów finansowych. Daje również wiele praktycznych porad dla każdego kto chce zarabiać na rynkach finansowych.

Czytaj dalej →

Wiem, że czytając wcześniej o Lindzie Raschke i analizując to, co robi, nie widziałem pełnego obrazu. Otóż spędza ona tygodniowo nad rynkiem średnio 60 godzin. Poświęca się nie tyle samemu rynkowi, co przygotowaniu się do rynku. To jest ten poziom zaangażowania się w handel krótkoterminowy. 60 godzin tygodniowo, półtora etatu. I ja wiem, że to nie jest coś, co chcę robić, nie wiem nawet, czy byłbym w stanie robić to kiedykolwiek tak dobrze jak Linda Raschke. Ale ona jest nie bez powodu jednym z bohaterów książki Jacka Schwagera „Market Wizards”, czyli „Czarodzieje rynku”. Ona naprawdę jest czarodziejem rynku, bo przez niemalże 40 lat handlu na rynku miała tylko jeden stratny rok i to na początku swojej kariery. Jest to okupione tytaniczną pracą.

Jak już zresztą mówimy o Lindzie Raschke, to zachęcam każdego do wysłuchania moich wywiadów z nią. Jeżeli ktoś nie czuje się dobry w języku angielskim, to jeden z nich jest nawet przetłumaczony i można go sobie na spokojnie przeczytać.

Konkluzja mojego wywodu jest taka, że łatwiej – z mojej perspektywy – inwestować długoterminowo niż krótkoterminowo. Jest to po prostu mniej angażujące, pomaga wyciszyć emocje. Obecnie nawet przez tydzień – dwa kompletnie nie śledzę rynków, nie wiem, co się na rynkach dzieje. Gdyby się ktoś mnie zapytał, gdzie jest S&P 500 lub WIG20, to ja po prostu nie wiem, nie interesuje mnie to.

Jeżeli pojawiają się jakieś sytuacje, które chcę wykorzystać krótkoterminowo, to dostaję alert mejlowy na ten temat, tak to sobie zorganizowałem. Na co dzień nie chcę natomiast śledzić rynku. Oczywiście, jak już mam otwartą tę krótkoterminową pozycję, to wtedy jest troszkę emocji. Są to bardzo niewielkie pozycje i wtedy robię to z taką przyjemnością, bo to jest takie coś, gdzie mogę się spróbować i gdzie wiem, że mam przewagę. Wchodzę na ten rynek w takich sytuacjach bardzo już konkretnych i wiem, po co tam wchodzę. To nie znaczy, że zawsze wychodzę z zarobionymi pieniędzmi, ale z bardzo dużym prawdopodobieństwem ugrania czegoś dla siebie. Trzon mojego inwestowania jest teraz akcentowany głównie na tym podejściu długoterminowym.

Wniosek: zdecydowanie preferuję podejście inwestycyjne oparte na prostych, jednoznacznych regułach.

Jednoznacznych to znaczy takich, które wręcz da się opisać algorytmem w języku do programowania. Stąd też w ogóle mój blog, mój podcast nazywa się System Trader, dlatego że planowałem nagrywać jakieś anglojęzyczne wywiady. Ta nazwa jest też zrozumiała na zewnątrz, natomiast wiem, że takie proste podejście, nie jakieś przekombinowane, zrobi o wiele lepszą robotę u większości inwestorów niż próba intuicyjnego pobijania rynku. Mówiąc krótko, inwestowanie intuicyjne, takie na wyczucie, mi osobiście nie leży. I wątpię, żebym mógł pobić zestaw prostych reguł w czasie swoją inteligencją i swoją próbą wyczucia rynku.

Wniosek: rynek jest ostateczną instancją.

Rynku nie interesuje to, czy mamy rację, czy jaka była motywacja zajęcia naszej pozycji. I lepiej nie próbować narzucać rynkowi naszej wizji i naszego chciejstwa, ponieważ rynek zwykle ma to w nosie, tym bardziej, kiedy jesteśmy jakimś niewielkim graczem. Ostatnio dużo się mówiło w Internecie, że niektóre osoby usilnie shortują, czyli grają na spadki spółki Tesla. I to od pułapu 300 dolarów, a od tamtego czasu Tesla urosła do – w momencie, w którym nagrywam ten odcinek – do jakichś 800 dolarów. I to tylko po to, żeby udowodnić, że „Ja mam rację, a rynek się myli”.

Rynku nie interesuje to, czy mamy rację, czy jaka była motywacja zajęcia naszej pozycji. I lepiej nie próbować narzucać rynkowi naszej wizji i naszego chciejstwa, ponieważ rynek zwykle ma to w nosie

I nawet jak rynek potrafi wyciągnąć spółkę Tesla na 800 dolarów, to po to, żeby później runąć w przepaść i spaść, żebym mógł powiedzieć: „No i co z tego, że to urosło? Ja miałem rację”. Mnie coś takiego kompletnie nie interesuje. Oczywiście nie chcę w czambuł potępiać wszystkich, którzy próbują w ten sposób podchodzić do rynku, bo być może potrafią jakoś wypracować swoją przewagę. Dla mnie jest to coś dość mocno kuriozalnego, a już na pewno coś, co po prostu nie koresponduje z moim podejściem i moim rozumieniem inwestowania na rynku.

Wniosek: chcę rozwijać pasywną część portfela.

Nie wstydzę się tego, że chcę również inwestować pasywnie. Ktoś może powiedzieć, że to jest dla cieniasów. Uważam, że w większości przypadków jest odwrotnie, tzn. ci, którzy chcą aktywnie pomnażać pieniądze, są na końcu cieniasami niestety, bo po prostu z tym rynkiem przegrywają i dostają od niego łomot. Statystyka tutaj nie kłamie.

Mnie interesuje przede wszystkim budowanie kapitału, a nie udowadnianie komukolwiek czegokolwiek. Jest to taka forma dywersyfikacji. Gdyby moja aktywna część portfela, np. strategia GEM, czy coś podobnego, nie dała mi satysfakcjonujących wyników w długim terminie, to zawsze mam część portfela, która jest pasywna, która mi da gwarantowaną stopę zwrotu, jaką daje rynek. I naprawdę większość nie powinna próbować aktywnego inwestowania. Ja to robię, bo jestem „freakiem”, po prostu takim gościem, którego to cieszy.

Jest to moja pasja i lubię modelować rynki, ale robię to obecnie z dużą ilością pokory bez uganiania się za mitycznym czy jakimś idealnym rozwiązaniem, jakąś idealną, najlepszą strategią, takim jedynym prawdziwym równaniem, które rozpracowuje rynki i potrafi ciągle zarabiać dla nas pieniądze.

Wniosek: nie jestem przekonany do samodzielnego stosowania analizy fundamentalnej, co oczywiście nie znaczy, że ty nie możesz.

Nie wydaje mi się, że mogę np. lepiej niż Buffett na bazie analizowania wyceny spółek dobierać te spółki do swojego portfela. Dlatego też nie wykluczam, jak już mówiłem wcześniej, że kiedyś w przyszłości kupię sobie na przykład spółkę BRK, czyli Berkshire Hathaway po jakichś dużych spadkach. Sam natomiast nie będę się starał specjalizować w analizie fundamentalnej, bo to nie jest w obszarze moich kompetencji. W obszarze moich kompetencji jest modelowanie rynku, stosując nieco inne podejście.

Wniosek: nie trzeba być superinteligentnym, nie trzeba mieć jakichś cudownych darów od Boga, które pozwolą nam pomnażać pieniądze na rynku. Można wręcz być przeciętniakiem, natomiast trzeba być cierpliwym i podążać za obranym planem, czyli przede wszystkim trzeba mieć plan.

Teraz mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem, ale jeszcze z 5, 10 lat temu prawdopodobnie tak nie myślałem. Konsekwentne realizowanie planu jest ważniejsze niż szukanie tego jednego, idealnego planu i skakanie z kwiatka na kwiatek. Inaczej wszystko ogarnia chaos i w ogóle nie potrafimy iść do przodu według obranej strategii, tylko będziemy cały czas starać się coś ulepszać.

Trzeba być cierpliwym i podążać za obranym planem, czyli przede wszystkim trzeba mieć plan

I żebym nie został teraz źle zrozumiany: oczywiście, że należy się rozwijać, ale nawet rozwijanie swojego portfela powinno się odbywać w jakiś usystematyzowany sposób, a nie chaotyczny, tylko dlatego, że „O, tu straciłem, no to teraz spróbuję sobie jeszcze tego, zmienię na to coś, teraz zacznę zarabiać” i będziemy to robić na żywym organizmie. Niestety jak będziemy to robić bardzo długo, to jest ryzyko, że taki pacjent po prostu umrze.

Wniosek: lepiej skupiać się na procesie, na wykonywaniu planu, niż tym co zrobi rynek.

Otóż, o ile możemy kontrolować moment budowy strategii i możemy kontrolować to, czy podążamy za tą strategią, o tyle już samego rynku, czyli tego, co ten rynek zrobi, kontrolować nie możemy. Dlatego powinniśmy skupić się na kontrolowaniu tego, co jest kontrolowalne, czy jest w zasięgu kontroli.

Ze świata będą napływać różne informacje, o różnych zdarzeniach, będą jakieś wojny, epidemie, żywioły, jakieś afery, ale to wszystko nie powinno mieć wpływu na realizowanie strategii. Dlatego mój wniosek jest taki, że po to mam strategię, żeby móc podejmować trzeźwe, przytomne decyzje. Właśnie w takich sytuacjach podbramkowych, takiego napięcia rynkowego, posiadanie twardego planu jest bardzo pomocne. Nie wyobrażam sobie z kolei sytuacji, żeby podejmować decyzje inwestycyjne, sugerując się cudzą wizją, jakimiś przepowiedniami, wierzyć w jakieś teorie spiskowe. Nie. Musimy wszystko na rynku robić samodzielnie, trzeba mieć plan i za nim podążać. Nie musi być od razu idealny, możemy go później w trakcie usprawnić, ale musimy mieć ten plan.

Ostatni wniosek: nie warto próbować przewidywać, co zrobi rynek.

Nikt nie zna przyszłości, nikt. Gdy zapytacie Warrena Buffetta, gdzie S&P500 będzie za miesiąc, za tydzień, nie mówiąc o roku – on też nie będzie wiedział. Nikt tego nie wie. Oczywiście, jak odpowiednio duża liczba osób będzie próbowała przewidywać, to ktoś trafi, ą potem będzie można z tego zrobić niezłą historię. „On przewidział krach, on przewidział to, tamto, siamto”. No to niech zrobi to wielokrotnie z rzędu, to wtedy się faktycznie zastanowię: „Cholera, jak on to robi?”.

Naprawdę nie ma sensu przewidywać czegoś, co jest nieprzewidywalne. Jest w nas taka chęć odgadnięcia przyszłości, ale to jest utopia, miraż. Tym bardziej nie ma sensu – w tym kontekście – wyprzedzanie rynku, przewidując, że np. coś spadnie, chociaż obecnie akcja jest w mocnym trendzie wzrostowym. „Ale ja nie będę czekał, aż ten trend się załamie, tylko zaraz wejdę na krótką pozycję, żeby już zarabiać na spadkach na tej akcji, ponieważ wydaje mi się, że ta spółka jest przewartościowana albo coś tam jeszcze”. I będę grał na spadki, i będę się upierał przy swojej decyzji.

To jest coś, co w moim odczuciu jest bardzo złe. To jest moja opinia, mój wniosek. Ktoś może się z tym oczywiście nie zgadzać, może mieć swoją strategię opartą na czymś innym niż ja i dobrze na tym wychodzić. Ja tego absolutnie nie wykluczam, bo przecież nie jest tak, że ja jedyny na tym świecie mam zawsze rację. Do mnie to zupełnie nie przemawia.

Zakończenie

OK, to będzie na tyle, jeżeli chodzi o dzisiejszy odcinek. Bardzo dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że potrafiłem wam nieco nakreślić, jak wygląda inwestowanie w moim własnym prywatnym portfelu. Mam nadzieję, że niektóre rzeczy są już dla ciebie jaśniejsze, być może zainspirowałem cię, czy zainteresowałem pewnymi tematami.

Na stronie systemtrader.pl/046, czyli tak jak numer tego odcinka, tam będzie się znajdował zapis tekstowy tego, o czym dzisiaj mówiłem, czyli transkrypcja tego podcastu. Będą też dodatkowe materiały, linki, odnośniki do innych materiałów, o których wspominałem, żeby ten materiał był jeszcze pełniejszy.

Jak zwykle zapraszam do komentowania tego odcinka, m.in. na Apple Podcasts. To jest coś, co pozwala mi dotrzeć do szerszej publiczności, do jeszcze większej liczby słuchaczy. Jeżeli zatem uważasz, że to, co tu mówię, robię, przedstawia dla ciebie wartość, to będę bardzo, bardzo wdzięczny, jeżeli będziesz mógł wystawić mi opinię w Apple Podcasts albo zalajkować gdzieś na YouTubie lub skomentować u mnie na stronie internetowej. To wszystko powoduje, że ten podcast będzie się mógł nieść w świat jeszcze bardziej, no i ja też będę miał motywację, żeby to, co robię, robić jak najlepiej i jeszcze dłużej, i jeszcze robić dla was więcej.

To tyle ode mnie na dziś, gorąco pozdrawiam, życzę samych sukcesów, do usłyszenia. Bye-bye! 🙂

Subskrybuj
Powiadom o
guest

129 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Ruszyła sprzedaż oprogramowania #ST

Kilkadziesiąt gotowców inwestycyjnych!